piątek, 15 września 2017

Frankoedukacyjny początek

Gdy Natalia szła do szkoły, szukałam takiej, w której nie będzie przemocy, w której nauczyciele będa mieli dobrą opinię - przynajmniej większość z nich, opinię tłumaczacych a nie żądających bezmyślnego wkuwania na blachę bez zrozumienia, stresowałam się, czy trafi ona na fajnych rówieśników, z którymi zawrze przyjaźnie i będzie chciała spędzać czas po szkole. Szukając szkoły dla Franka próbowałam znaleźć taką, która w ogóle będzie chciała go przyjąć (szkoła rejonowa z różnych względów nie wchodziła w rachubę), zadeklaruje dostosowanie metod pracy do możliwości i potrzeb naszego chłopaka i która po prostu będzie otwarta na Franka i pełna zrozumienia dla niego. Bałam się, czy czas edukacji szkolnej nie zniszy nam chłopaka...  Do tego dochodziła jeszcze troska o Franka - czy zostanie zaakceptowany przez rówieśników i czy zdrowotnie da radę. Strach był więc dominującym uczuciem. Możecie się dziwić moim/naszym obawom, ale znam dzisiątki historii znajomych dzieciaków, które przechodzą w szkole piekło, mam za sobą wiele rozmów z innymi rodzicami o wydzieraniu, wyrywaniu i wywalczaniu tego, co powinno być oczywistością (bo wynika z przepisów oświatowych, bo wydaje się być po ludzku oczywiste). 
To oczywiście jeszcze nie jeszcze czas na oceny, podsumowania - dopiero dwa tygodnie za nami, ale mogę w tej chwili pokusić się o podsumowanie tego krótkiego czasu i napisać o pierwszych wrażeniach.
Pierwszy tydzień dał nam nadzieję, że Franko, jak to się kolokwialnie mówi, ogarnie rzeczywistość. Był taki...nakręcony szczęściem - poziom serotoniny i adrenaliny osiągnął chyba wartości szczytowe. A potem nastąpiło wielkie buuuummm - rozsypał się nam chłopak... Nie był w stanie wytrzymać z klasą nawet 10 minut - za dużo było wszystkiego, najbardziej chyba zmęczył go hałas, emocje dołożyły swoje, nowe otoczenie, nowe twarze, nowy schemat i...dzwonki wwiercające się w czaszkę. Okazało sie, że wszystkiego było za dużo a on nie dawał rady przetworzyć wszystkich bodźców i emocji.
Co w takiej sytuacji mogło się wydarzyć? Rodzice mogli usłyszeć, że dziecko musi być wycofane na nauczanie indywidualne (już po nowemu - w domu), bo nie daje rady - to dla Franka byłoby katastrofą, bo lubi dzieci, uwielbia z nimi się bawić, jego układ nerwowy "tylko" nie radzi sobie z ogromem bodźców a on z własnymi emocjami. Tak, wycofanie Franka na NI byłoby z pewnością najwygodniejszym wyjściem dla szkoły, często stosowanym w innych placówkach - pozbytoby się takiego edukacyjnego wyzwania. Dla Franka jednak i dla nas, jako rodziny, byłaby to w tej chwili najgorsza opcja. 
Opcja nr 2 - szkoła nie wpycha dziecka w sztywne ramy wymogów, przyzwyczajeń i tego, co najłatwiejsze (bo najwygodniejsze), lecz DOSTOSOWUJE wymagania i przestrzeń do możliwości dziecka. Czy jest to oczywiste? Nie - i przekonacie się o tym w kolejnym moim wpisie. Czy jest to łatwie? Nie - wymaga ogromnego wysiłku ze strony nauczycieli, pedagoga szkolnego, nauczyciela wspomagającego, dyrekcji i całej społeczności. Ale czy taki mały człowiek nie zasługuje na to, by dać mu szansę, by stworzyć mu najlepsze warunki do nauki i rozwoju?
Jak myślicie, które wyjście wybrała szkoła Franka? Tak, wyjście drugie.
Trzy bojowe narady z pedagog szkolną, Olą (nauczycielka wspomagająca), burza mózgów, jak pomóc Frankowi i...udało się naleźć drogę w tej chwili najlepszą dla naszego chłopaka. I wiecie co...wiem, że zawdzięczamy to tylko i wyłączenie LUDZIOM, nie przepisom, lecz zaangażowaniu, wyczuciu tematu, otwarciu na młodego człowieka i po prostu (nie)zwyczajnemu współodczuwaniu.
Franek spędza w klasie np. 15-20 minut, potem wychodzi wykonywać zadania indywidualnie z Olą. Gdy jest w klasie, jest maksymalnie angażowany przez nauczycieli - pytany, dostaje zadania. Nie uczestniczy we wszystkich lekcjach, jeśli Ola widzi, że po prostu nie daje już rady. Taka organizacja okazała się najlepszym wyjściem - Franko się wyciszył, jest radosnym dzieckiem, które chce rano iść do szkoły a my oddychamy - rozmasowujemy emocjonalne zakwasy, farbujemy siwiznę i...idziemy w sobotę z Franciszkiem na ściankę wspinaczkową. Taki nowy nowy początek, który pięknie się zazębił z mataforą użytą przez Małgosię Wokacz-Zaborowską na Kongresie Kobiet (aaaaaa, kiedy ja to wszystko opiszę??) podczas prowadzonych przez siebie warsztatów - nasza droga z dzieciakami przypomina wspinaczkę pod stromą górą pełną zakrętów. Nie wiemy, co czeka nas za kolejnym zakrętem, tracimy siły od ciągłego wspinania się, ale mozolnie pokonujemy kolejne wertepy, osuwiska i występy skalne. Z góry mamy za to piękny widok i ogromną satysfakcję, że się udało. Wierzę, że kiedyś dotrzemy na sam szczyt.

Codzienne dowożenie Franka do szkoły to dla nas w sumie ok. 80-90 km. W tej chwili czuję, że są to najlepsze kilometry naszego i Frankowego życia.





2 komentarze:

  1. Fajnie, że znaleźliśmy taką szkołę o której piszesz, natomiast, niefajnie, że tak daleko. Czytam te Twoje wrażenia o Franka i wiesz taka sobie myślę, że to wszystko co opisujesz nie dotyczy tylko dzieci z orzeczeniem o niepełnosprawności ( z nimi zdecydowanie najtrudniej) ale wielu dzieci, które orzeczenia nie mają, ale nie są idealne.. To też jest duży problem. Podejście do każdego dziecka powinno być indywidualne, wymogi wobec niego zależne od jego możliwości.... Pomarzyć można nieprawdaż? Cieszę się, że Franko odnajduje się w swojej rzeczywistości i mam nadzieję, że będzie coraz lepiej. Pozdrawiam,Alicja Z

    OdpowiedzUsuń
  2. Czasami czytam Twoje wpisy i bardzo, ale to bardzo trzymam za Was kciuki. Franek jest naprawdę dzielny, ale Wy również. Szkoda, że ta szkoła jest tak daleko, ale z drugiej strony, dobrze, że w ogóle jest! Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń

Drogi Anonimowy Gościu,
bardzo proszę, podpisz swój komentarz swoim imieniem, aby łatwiej było mi na niego odpowiedzieć.
Dziękuję