niedziela, 17 września 2017

"Oni w nic nie wierzą" - część I

Gdy dziecko idzie do szkoły, jako rodzice chcemy, aby trafiło w dobre środowisko, na mądrych nauczycieli, aby chciało się uczyć, by z tej nauki czerpało radość i mogło w przyszłości robić to, co sobie wymarzy. Podobne marzenia mają rodzice dzieci niepełnosprawnych, tylko nierzadko obaw jest więcej. Zapraszam Was do przeczytania pierwszej części historii chłopca, który dziś jest uczniem klasy czwartej. Historię tę opowiedziała mi w ostatnich dniach jego mama.
Wszystkie dane umożliwiające identyfikację dziecka zmieniłam na prośbę rodziców - sprawa jest w toku.


Tomek skończył niedawno 10 lat, jest teraz uczniem czwartej klasy szkoły podstawowej.
Do przedszkola uczęszczał tak jak jego rówieśnicy. Początki były super, ale nagle zaczęły się trudności. Zaczął się wycofywać, bawił się sam, nie akceptował obowiązujących zasad. Intelektualnie szedł jak burza, ale społecznie była porażka. Konflikty z rówieśnikami pogłębiały się z roku na rok. Obserwowałam go w domu, gdy się wyłączał, jakby nikogo nie słyszał, chodził na palcach, bawił się tylko konstruując urządzenia. Gdy usłyszał blender, odkurzacz, tramwaj, pociąg czy syrenę, kładł się z płaczem na ziemię i wył. Udałam się na konsultację do psychologa w przedszkolu i dowiedziałam się, że wszystko jest w porządku a dzieci już tak mają. Pytałam psychologów o spektrum autyzmu, bo czułam, że to może być właściwy kierunek, ale wszyscy pukali się palcem w czoło. Podjęłam kolejną próbę w poradni psychologiczno-pedagogicznej i tam dowiedziałam się, że wyolbrzymiam. Syn jest super. Wiedziałam, że jest super, ale w sytuacji jeden na jeden każdy jest super. To była walka z wiatrakami. A potem przypadek sprawił, że udało się poskładać wszystko w całość.
U Tomka zespół Aspergera został zdiagnozowany pod koniec zerówki. Skończył wówczas 7 lat.
Diagnoza była dla nas w pewnym sensie ulgą, ponieważ dostaliśmy coś, co się jakoś nazywało. Przyznam szczerze, że podświadomie przygotowywałam się do tego. Potem nadszedł czas wielkiej żałoby. Choć świat mi się załamał, zaczęłam działać, szukać terapii i pomocy dla młodego. To działo się w ciągu dnia. Wieczór stawał się horrorem. Stawiałam sobie mnóstwo pytań, analizowałam czy czasem czegoś nie schrzaniłam jako matka... Ogrom łez i wewnętrznego bólu. Na szczęście miałam wsparcie męża, rodziny i przyjaciół, którzy nie oceniali mnie ani Tomka, tylko pomagali.
Orzeczenie o potrzebie kształcenia specjalnego odebraliśmy w wakacje przed rozpoczęciem szkoły. Zaleceniem była szkoła masowa lub z oddziałami integracyjnymi. Przerażona jego nadwrażliwością na dźwięki, tłumy ludzi, zapachy, światło, tembr głosu, jego problemy z koncentracją itd. zamarłam. Sto tysięcy myśli kłębiło się w mojej głowie - czułam, że szkoła będzie wielkim wyzwaniem dla młodego.  Kolejny przypadek sprawił, że dowiedziałam się o małej szkole w naszym mieście, która otworzyła oddziały dla dzieci autystycznych. Potwierdziła to dyrektor przedszkola Tomka. Pojechaliśmy na rozmowę. I … nagle poczuliśmy, że mamy to - udało się. Odetchnęliśmy z ulgą - nasz syn pójdzie do szkoły, będzie miał warunki do rozwoju i wsparcie! O nic innego nam nie chodziło. Właściwie w cztery miesiące zrobiliśmy już tak dużo, że pomyślałam nawet, że mamy jakieś niespotykane szczęście. Decyzja o wyborze szkoły była dla nas naprawdę niewiarygodnie trudną sprawą. Zdecydowaliśmy się na wybór SP nr 567, bo ta szkoła szczególny nacisk miała kłaść na integrowanie dzieci, nieliczne klasy, pomoc drugiego nauczyciela w klasie, który miał spełniać rolę wychowawcy dzieci ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi. Wydawało mi się, że złapałam pana Boga za nogi. Rzeczywistość pokazała, że zapewnienia ze strony szkoły dalece odbiegły od rzeczywistości, z jaką przyszło nam się zderzyć.

Tomek był przygotowany przez nas na szkołę - jeździliśmy by pokazać mu budynek i teren szkoły. Był zachwycony. W I klasie dzieci było w sumie bodaj 19 - czwórka dzieci ze spektrum, w tym dwoje autystów i dwoje z zespołem Aspergera, reszta to były dzieci zdrowe, bez orzeczeń. 
Tomek chętnie wstawał rano i jechał do szkoły. Mieliśmy świadomość, że mogą się wydarzyć po drodze różne trudne sytuacje, ale wierzyliśmy w chęci i fachowość placówki. Choć, tak teraz myślę, że chyba tak zupełnie spokojni nie byliśmy. Jako rodzice dzieci powszechnie przez społeczeństwo uznane za trudne, z tyłu głowy zawsze mamy obawy. 
Ściśle współpracowaliśmy ze szkołą, bo zależało nam by szło wszystko w dobrą stronę. Ku mojemu zdziwieniu okazało się na przykład, że nie jestem w stanie przekonać nauczycielki, że plan aktywności wniesie w życie klasy (nie tylko mojego syna) porządek i przewidywalność. Na nic poszły moje wysiłki i próby tłumaczenia - nie uznała tego za potrzebne. W sumie jednak pierwsza klasa minęła dla młodego nie najgorzej. Druga była już trudniejsza, nie pod względem merytorycznym, bo tu ogarniał i ogarnia się super do tej pory. Pani nie potrafiła z nim się porozumieć, problemem okazało się na przykład to, że Tomek zaczął pisać małe literki w zeszycie trzy liniowym. Nieważne było, że pisał czytelnie, ale miały być one pisane w trzech liniach. Odpowiadał niepytany, bez podnoszenia ręki, podpowiadał na sprawdzianach, zaczął się nudzić, wchodził pod stolik. Tomek jest naprawdę fajnym chłopakiem - ma niesamowitą wyobraźnię przestrzenną, a matematyka i język angielski to jego pasje. Nie ma problemu z przyswajaniem wiedzy, nawet gdy wydaje się niezainteresowany, potrafi rozmawiać na każdy temat, jest empatyczny i, co najważniejsze, staje się coraz bardziej samodzielny. Nie potrafi jednak podejmować decyzji i jest często bardzo naiwny, do tego silnie reaguje na porażkę – używa wtedy wulgaryzmów. Zaczął się emocjonalnie męczyć w szkole, zrobił się wybuchowy i oporny, zaczął przeklinać. Nie pomagała mu w tym atrakcja szkolna - na korytarzach postawiono cymbergaja i piłkarzyki. Hałas, przepychanki, jednym słowem masakra. Jak każde dziecko on też chciał grać. Gdy przegrywał był zły i ciężko było wracać na lekcje. Mimo problemów chodził dalej chętnie do szkoły. Szkoła zaczęła rozkładać ręce, okazało się, że wychowawczyni dopiero obejmując pierwszą klasę zetknęła się z zespołem Aspergera (a przecież to szkoła dla dzieci ze spektrum autyzmu!). Pomyślałam, że przecież Tomek może mieć wspomaganie. Szkoła w tym temacie milczała. Napisałam podanie i udało się załatwić nauczyciela wspomagającego. Fakt, że wsparcie Tomek dostał tylko na trzy ostatnie miesiące w szkole, ale okazało się, że bardzo mu to pomogło. Niestety w trzeciej klasie dyrektor zdecydował, że nauczyciela wspomagającego Tomek nie dostanie. Wychowawczyni nie miała odpowiedniego podejścia, teraz wiem, że nie miała odpowiedniej wiedzy i umiejętności i traktowała wszystko metodami twardej behawiorki. Zaczęło się wyprowadzanie Tomka z klasy, coraz częściej przyjeżdżałam do szkoły, bo działo się niedobrze. Wychowawczyni zasygnalizowała, że Tomek mówi, że odbierze sobie życie. Daliśmy szkole namiary na terapeutę Tomka, ale nikt się z nim nie skontaktował. 
Podczas turnusu w ferie zimowe w tym roku Tomek zaczął się otwierać. … Mówił, że nie chce żyć. Byliśmy przerażeni.
Po turnusie w szkole wydarzyło się coś, czego do tej pory nie rozumiem i nie wybaczę chyba nigdy. Odbierałam Tomka po lekcjach, mieliśmy akurat na ten dzień umówioną wizytę u terapeuty. Wychowawczyni poprosiła o rozmowę. Zrelacjonowała wydarzenie, które mnie zmroziło. Podczas losowania par, w którym Tomem miał uczestniczyć, i którego nie cierpiał, bo była to dla niego duża, niewytłumaczona zmiana, schował się pod stolik. Nie chciał wyjść, zaczął przeklinać. Pani dała sygnał, że trzeba wyjść – Tomek wybiegł z klasy i się schował. Nie mogli go znaleźć. Okazało się, że siedział w toalecie pod pisuarem. Nie chciał stamtąd wyjść, więc kilka osób wyniosło go za ręce i nogi do gabinetu pedagoga. I tu zaczął się koszmar. Tomek nie był w stanie się uspokoić. Szalał i stanął z nożyczkami przy szyi, prosząc, by zadzwonili do mamy. Reakcji żadnej. Nikt po mnie nie zadzwonił! Miał się uspokoić i wrócić na lekcję. Do tej pory tego nie pojmuję, dlaczego o tym dowiedziałam się odbierając dziecko ze szkoły! Pojechaliśmy do terapeuty Tomka i tam wyszło wszystko. Po wizycie otrzymałam od terapeuty taką informację pisemną:

Tomek X., 24.02.2017
Spontaniczna opowieść:
Na pytanie „jak myślisz, która z osób w otoczeniu nie rozumie cię najbardziej?” usłyszałam:
„pani Zosia (nauczycielka). Wynoszą mnie z sali, to mnie denerwuje i jeszcze bardziej nakręca; raz mi groziła policją i dzisiaj też mi groziła; zamknęli mnie w małej sali, na górze; wynosi mnie {pani} przed klasę, za ręce i za nogi, tam mam punkt ostatniej szansy, żeby się uspokoić; wynosi mnie do małej salki i jest mi bardzo źle, nie umiem się wtedy uspokoić; kiedyś tak się zdenerwowałem, że pani wezwała dyrektorkę, dyrektorka groziła mi policją i ja się przestraszyłem.
A dzisiaj była taka sytuacja: mam kolegę Marcina, bardzo się lubimy, świetnie gramy razem w piłkarzyki; na pierwszej lekcji było normalnie, napisałem co trzeba; potem była przerwa, jak wróciliśmy do klasy mieliśmy rysować i było losowanie {kto ma być z kim w zespole}, ja tego losowania strasznie nie lubię, a panie robią to ciągle; chcieliśmy być z Marcinem razem, ale Marcin wylosował inną grupę i się zdenerwowałem trochę bardzo, położyłem się, trząsłem się, byłem zezłoszczony, przekląłem, pani mnie wyciągnęła z klasy i uciekłem pod sofę, a oni stali {panie, co wynosiły}, potem uciekłem, ukryłem się w WC, 6 osób mnie szukało, potem pani mnie zaniosła (bo oni mnie biorą za ręce i nogi) do pokoju pedagogicznego, już miałem 50 % mojego szału; i oni mnie zamknęli na klucz i wszedłem na stół, wspiąłem się na okno (bo chciałem uciec, bo mam dość ich), potem jeszcze próbowałem uciec; doszło do tego, że byłem tak zły, że pani mnie zaczęła przytrzymywać, moje ręce i nogi były unieruchomione, potem zadzwonili do pani dyrektor i pani zaczęła mi tłumaczyć różne rzeczy. A ja chciałem tak strasznie stamtąd wyjść (nie lubię małych pomieszczeń, one mi przypominają TO pomieszczenie*), więc się uspokoiłem, żeby pójść do klasy.
Potem był wf i pan Romek prowadził rozgrzewkę, potem były ćwiczenia do zawodów (a ja jedyny nie mogę, bo hałas, oni wiedzą, że już mi hałas nie przeszkadza, ale i tak nie mogę jechać). Miłosz zaczął się wygłupiać i przez niego wszyscy musieliśmy iść do klasy, i pani Ola dlatego, że ją denerwowaliśmy wkurzyła się i zrobiła dyktando. Nie byliśmy przygotowani do dyktanda. Wychodzę z klasy i czeka mama. Ja mam taki zeszyt zachowań i pod koniec tygodnia mama przychodzi sprawdzić, jak było. Ja czekam i bawię się klockami. Ja powiedziałem, co się stało, wyszliśmy ze szkoły i jechaliśmy tutaj”.
Pytanie do dziecka: „Osoba, która może pomagać.”
Odpowiedź Tomka: „pani Ula (nauczycielka z II klasy) – jak mnie wynoszą i ona ze mną rozmawia, to się uspakajam. Chciałbym (gdy się denerwuję), żeby mnie zostawili, bo ja się potrafię sam uspokoić.
Oni** nie wierzą, że mi przejdzie; oni w nic nie wierzą.
Jedyne miejsce, gdzie jest mi dobrze, to dom, gdy się przytulam i jest mi bardzo dobrze; i gdy wchodzę w mój świat, gram na komputerze, i wtedy mam poczucie, że jestem dobry; zrobiłem duże postępy”
______
* Na górze jest biblioteka i sala SI, i jest tam kantorek, oni mnie tam wynoszą; nie lubię tego wynoszenia
** Oni – nauczyciele w szkole.


Załamał mi się świat po raz drugi od diagnozy, gdyż całą nasza praca legła w gruzach. Młody był strzępkiem człowieka. Psychiatra stwierdził depresję, Tomek zaczął brać leki antydepresyjne. Rozłożył się emocjonalnie i sensorycznie.
Wychowawczyni opowiedziała, że ten lutowy dzień był okropny ponieważ syn nie zniósł porażki w wyniku losowania grup. A przecież dzieci z ASD nie rozumieją sytuacji losowych, nieprzewidywalnych, nie wskazanych w planie aktywności.
Mimo tej sytuacji Tomek nadal chciał chodzić do szkoły, bo miał w niej kolegów. I tu pewnie popełniłam błąd, bo uległam dziecku. Ale cóż … Ponownie udało się załatwić nauczyciela wspomagającego, myślałam, że może Tomek da radę. A ja zabrałam się za poszukiwanie nowej szkoły.  Poprosiłam Prezesa Fundacji X o pomoc, o rozmowę, bo było naprawdę dramatycznie. Pani dyrektor słysząc, że zmienimy szkołę, skwitowała to z ulgą, że tak będzie najlepiej. Już wtedy wiedziałam, że tak całej tej sprawy nie zostawię. Terapeuta syna stwierdził podczas kolejnej wizyty, że dziecko zostało straumatyzowane przez pracowników szkoły i dla jego dobra powinnam go natychmiast z niej zabrać. Udało się zorganizować na półtora miesiąca nauczanie indywidualne dla Tomka i teraz wiem, że nigdy więcej na to się nie zgodzę. Moje dziecko gasło w oczach.
Ofiarami tych skandalicznych zachowań pracowników szkoły jest nie tylko nasz Tomek, ale wszystkie dzieci, które musiały obserwować sceny rozgrywające się w szkole. Te dzieci były po prostu uczone, że przemoc fizyczna i psychiczna to sposób na rozwiązywanie problemów… 
Podjęliśmy decyzję, że zgłosimy sprawę do kuratorium.
A teraz mam tez taką smutną refleksję po wczorajszej konferencji, w której brałam udział - mamy zdecydowany społeczny sprzeciw jeśli chodzi chodzi o przemoc wobec dzieci, ale dzieci niepełnosprawne, to inna kategoria ludzi... Tu już jest przyzwolenie na działania przemocowe.  Wyć mi się chce...




O reakcji kuratorium i ciągu dalszym tej historii napiszę najpóźniej w najbliższą środę.


28 komentarzy:

  1. Brak mi słów... Czytając to czułam wielkie przerażenie i smutek, że tak się dzieje.
    Sama jestem nauczycielem wspomagającym i dzieci w klasie są zupełnie różne (chodzi mi o całą klasę, niekoniecznie te "moje" dzieci) i na każdego jest sposób, dzięki któremu czuje się w naszej społeczności klasowej dobrze.
    I.. Ręce mi opadają i ryczeć się chce jak czytam takie rzeczy... Jak tak można :(
    Przepraszam, ale nie jestem w stanie napisać nic więcej.
    Czekam na rozwój historii.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że się Pani odezwała. Znam wielu fantastycznych nauczycieli, mój Franko ma niewiarygodne szczęście do fantastycznych nauczycielek wspomagających i wiem, że gdyby nie Wasza praca (że tak kolegialnie się odniosę), nasz chłopak nie byłby tu, gdzie jest teraz.
      Serdecznie Panią pozdrawiam.

      Usuń
  2. Polska szkoła jest koszmarem nawet dla dzieci NT. Mój syn ma problemy z konsentracją? Mimo zaświadczeń od neurologa, psychologa do wychowawczyni to nie dociera, a jest po drobno po pedagogice specjalnej, że uwagi w dzienniczku niczego nie zmienią, nie chce go przesadzić do pierwszej ławki, bo jest za wysoki i nie chce współpraciwać w zakresie przywracania uwagi. Nie bo nie i już. I jakoś nie przyswaja, że już dwa lata wpisuje te uwagi i nic.Niewyuczalna jest.
    Młody wszystko ogrania ale się nudzi jak mops i odpływa na EW, na językach, muzyce jest ok, panie nie mają uwag, czyli jak ktoś potrafi współpracować z dzieckiem to dziecko daje radę. Niestety zastraszanie jest chlebem powszednim polskiej szkoły do dziś. Ja tak bałam się nauczycielki od matematyki w klasach1-3, mimo że bardzo dobrze sobie radziłam, że codziennie bolał mnie brzuch.
    Dziś jest tak samo. Chciałabym, żeby nasze dzieci miały takie warunki jak dzieci w Szwecji, WB, Niemczech, ale u nas ludzie nie lubią innych ludzi i to się czuje i zaczyna już od żłobka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana nie pisz o dzieciach w niemczech. Ja tu mieszkam i wiem jakie jest tu traktowanie dzieci z dysfunkcjami.

      Usuń
    2. Myślę, że najwięcej zalezy od ludzi.. Zobaczcie, Tomek był w szkole specjalizującej się w pracy z dziećmi z ASD... Jak pisałam w I klasie było 4 dzieci z ASD a 15 NT. Celowo opisuję tu też nasze prywatne doświadczenia edukacyjne, które potwerdzają, że...właśnie - człowiek to podstawa.
      Ps. Przepraszam za małą składnośc w wyrażaniu myśli, ale pora jest już pogańska ;-)

      Usuń
  3. Jestem absolutnie zaszokowana tym, co tu przeczytalam. Tym bardziej, ze mam syna z ZA. Gdyby taka sytuacja zdarzyla sie w kraju, w ktorym mieszkam to 1) zdarzylo by sie to tylko raz, 2) nastepnego dnia wszyscy ci ludzie, ktorzy tylko dotkneli tego chlopca juz nie pracowali by w tej szkole, 3) co wiecej ci panstwo nie pracowali by juz w zadnej szkole do konca swego zycia, 4) ci panstwo byli by "slawni", gdyz ta historia byla by we wszystkich wiadomosciach.
    I bardzo dobrze.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz, myślę, że w każdym kraju przemoc stosowana wobec dziecka (każdego!!!) powinna być piętnowana i karana. Celowo napisałam 'każdego', bo jest szkoła stosującą tzw. "twardą behawiorkę" (raz jedna z terapeutek próbowała ją zastosować wobec naszego Franka - bylismy w takim szoku w pierwszym momencie, że naprawdę zamarliśmy; po tym pokazie pani terapeutka przestała pracowac z Frankiem), która ową "twardą behawiorką" tłumaczy stosowanie przemocy wobec dziecka. I pomyśl - tu mamy do czynienia z dzieckiem, jak to się określa, wysokofunkcjonującym. A co by było, gdyby Tomek był dzieckiem bardziej zaburzonym, niewerbalnym?

      Po tym wpisie otrzymałam głos od mamy, której dziecko prowadzone jest ABA - stosowaną analizą zachowania, to także terapia behawioralna. Zaprotestowała ona wobec użytego tu w tekście określenia "twarda behawiorka". Pomyslałam, że potrzebny jest w wpis wyjaśniający różnice pomiędzy "twardą behawiorką" a terapią behawioralną ABA. I popełnię go w najbliższym czasie (na ile czas mi pozwoli).

      Usuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pani Magdaleno, Pani komentarz trafił na moja skrzynkę mailową. Jesli wykasowała go Pani przez przypadek, proszę popełnić go ponownie. Uważam, że jest szalenie ważny.

      Usuń
  5. W tej całej historii szkolnej Franka nie ma ani słowa o innych dzieciach, dla których obecność Franka w klasie może być olbrzymim stresem - dziecko zachowujące się nietypowo, nieprzewidywalnie, będące na innych prawach niż reszta, byłoby dla znanych mi siedmiolatków sporym problemem. Ja rozumiem, że blog jest o Franku, ale brak odniesień do otaczających go dzieci może być odbierane jako brak zainteresowania ich sytuacją. A abstrahując od walki z systemem w sprawie dzieci NNT wydaje mi się ważne przekonanie rodziców innych dzieci, że dla nich taka sytuacja - jakkolwiek trudna - nie jest nie do przejścia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mój komentarz nie dotyczył tylko tego wpisu, tylko całej historii szkolnej Franka, wydawało mi się to dość zrozumiałe. Umieściłam go tu, bo to po prostu ostatni wpis, równie dobrze mógł być pod poprzednim. Nie o to chodziło i sądziłam, że to jasne. Szkoda.

      Usuń
    2. Proszę się nie unosić, spokojnie. Pani komentarz dostrzegłam wczoraj dość późno już (co widać po godzinie podanej przy nim) i najzwyczajniej w świecie nie miałam już siły się rozwodzić. Obiecałam sobie, że wrócę tu dzisiaj i popełnię kilka słów. I oto jestem.
      Pani uwaga byłaby dla mnie jaśniejsza w swym przekazie, gdyby umiesliła ją Pani pod wpisem o edukacji Franka a nie tym o Tomku - to raz. Dwa: w moich wpisach na blogu wielokrotnie pisałam o tym, że i dzieci i rodzice w grupie przedszkolnej Frania byli poinformowani o historii Franka, mało tego - wielu z nich śledzi ten blog i fanpage Franka na FB. Nigdy nie robiłam tajemnicy (pisze nawet o Franku na blogu ;-) ), co jest Frankowi. Uważam, że i uczniowie i rodzice mają prawo do informacji, aby nie było niedomówień, dziwnych sytuacji. Pisałam tu o lekcjach migowego dla dzieci o zebraniach z rodzicami itd. Jesli chodzi o historię Tomka, prosze zauważyć, że trafił on do szkoły specjalizującej się (przynajmniej z nazwy) w edukacji włączającej. Kazdy z rodziców wiedział, jaki jest profil szkoły, do jakiej oddaje swoje dziecko. Można oczywiście formułowac "zarzut" w moim kierunku, że Franko jest w szkole ogólnodostępnej, że rodzice nie wiedzieli, że "takie" dziecko będzie się uczyło z ich dziećmi, ale...hm... cóż mogłabym odpowiedzieć na taki "zarzut"? Franek ma takie same prawa jak inne dzieci. Doskonale zdaję sobie sprawę, podobnie jak zapewne i inni rodzice dzieciaków niepełnosprawnych, z jego mocnych i słabych stron. Ale, jak to powiedziała pedagog w obecnej szkole Franka - to zadaniem szkoły jest zapewnienie uczniom (wszystkim!) odpowiednich warunków do nauki, stosowanie przez nauczcycieli metod i dostosowań dla danego ucznia. Franko ma nauczyciela wspomagającego - nie ma Pani cyba pojęcia, jakie boje toczą rodzice dzieci niepełnosprawnych, aby wyszarpać NW dla ich dzieci! I to mimo ogromnej subwencji przeznaczonej na ucznia ze spe! (to zbyt długi temat, nie mam teraz czasu by go rozwinąć). NW chciła dla Tomka i jego mama, Kasia, która się wypowiada poniżej, my mamy tego farta, ze szkoła nawet przez sekundę nie negowała zasadności obecności NW przy Franku. Jak pisałam tu - o przedszkolu pisałam w tym miejscu przez jakieś 3 lata, szkołą trwa dwa tygodnie dopiero. W ostatnim wpisie opisałam jak Franko ma zorganizowaną naukę (zajęcia indywidualne przez 60-70% czasu cidziennie - bo to jest najlepsze dla niego; a skoro tyle jest w stanie uczyć się z grupą, to nie ma sytuacji, w których stanowiłby jakiś "czynnik stale zakłócający klasie życie"). Nie wiem, co będzie dalej, ale bardzo liczę na nauczycieli, pedagoga i dyrekcję - na ich fachowość i czynnik ludzki, po prostu.
      Mam nadzieję, że w miarę jasno przekazałąm moje myśli (choć w pędzie, ale nie chciałam tego odkładać już na później).
      Może jeszcze tylko jedno zdanie dopiszę - gdy z grupy przedszkolnej Franka odchodziły sześćiolatki, podeszła do mnie jedna z mam i powiedziała mi, że obecność naszego syna w grupie była tym, co najlepsze mogło doświadczyć jej dziecko na swojej edukacyjnej drodze. To było dla mnie ogromnie poruszające, bo zapewniam Panią, że tak samo jak myślę o Franku, tak mam i przed oczyma inne dzieciaki z jego grupy, czy teraz klasy szkolnej. To zdanie jest dowodem na to, że mądrze prowadzaona edukacja włączająca może dać niesamowite efekty. Dzieci pełnosprawne uczą się otwartości na drugiego człowieka, emaptii, pomocy słabszemu, luzu w relacji z niepełnosprawnym - tego nie nauczą się z żadnej książki.
      Jeśli jakiejś myśli nie wyraziłam dostatecznie jasno, chcętnie będę dalej z Panią dyskutowała.
      Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń
    3. Dziękuję za odpowiedź. Pytałam o inne dzieci, bo wydawało mi się, że skoro szkoła ma jakieś przepisy, których musi się trzymać to problemu nie ma, natomiast rodzice innych dzieci niczego nie "muszą" więc zakładałam, że jest/może być różnie i że to jest najtrudniejsze do zaorania pole w walce o EW dla Franków. Chyba się myliłam... Niemniej widzę po moim synu, że niestety nie odnajduje się w kontaktach z dzieckiem NNT (syn znajomych), bardzo go stresują spotkania z M. bo po prostu go nie rozumie (jego zachowań i reakcji). Stąd ogrom moich wątpliwości i założenie, że właśnie tu potrzeba czegoś, co zbliży dzieciaki, póki to jeszcze możliwe.
      A co do przyszłości Franka w szkole, myślę że przyjazne otoczenie jest warunkiem koniecznym, ale i tak o wszystkim zadecyduje "wnętrze Franka". Oby dało radę. Trzymam kciuki i pozdrawiam.

      Usuń
    4. Źle się wyraziłam. Nie czegoś co zbliży dzieciaki, bo od tego jest EW, tylko czegoś co przełamie istniejącą jednak przecież często niechęć otoczenia do podejmowania wysiłków. Pokaże korzyści dla wszystkich. Bo jak dotąd spotykam się głównie z opiniami, że jak już integracja, "to niech sobie będzie jakiś dzieciaczek na wózku", ale niech będzie zdolny, mądry i wyrównany emocjonalnie. Bo "z innymi to nigdy nic nie wiadomo".

      Usuń
    5. Chyba powoli zaczynam rozumieć :) Tez jest Pani mamą dziecka ze SPE?
      Jesli chodzi o opinię dot obecności owego dziecka na wózku - jasne, słyszałam i takie... Ale prosze zauważyć, dzieci bez orzeczeń też sprawiają rózne problemy wychowawcze i nie tyko (ufff ;-) ).
      Jesli zaś chodzi o to, że kontakty Pani syna z dziećmi NT stresują go, że nie daje rady... hm... bo to jest ogromnie trudne dla naszych dzieci. Nie wiem nic o Pani dziecku - ile ma lat, jak funkcjonuje, ale dzieci pełnosprawne są ogromnie ciężko "ogarnialne" dla naszych dzieciakó - wytwarzają tyle dźwięków, szybko ruszają się, szybko mówią... Dla dziecka niepełnosprawnego to ogrom bodźców nie do przejścia niemal.
      Ja widzę jeszcze jeden plus EW - w momencie, w którym, np Franko pojawił się w przedszkolu, cała kadra bardziej stała się świadoma różnego rodzaju zaburzeń, problemów, dysfunkcji (zwał jak zwał). W konsekwencji bodaj troje dzieci zostało odesłanych do poradni ped-psych, dwoje z nich otrzymało orzeczenia, jedno opinię i dzieciaki otrzymały odpowiednie wsparcie.

      Usuń
    6. Nie, moje dziecko jest "tylko" bardzo wrażliwe. Czasami mam wrażenie, że nadwrażliwe. I to taka patowa sytuacja - absolutnie "w normie" i nie kwalifikujące się do jakiejkolwiek terapii, a przeżywające każdy drobiazg. Zwłaszcza tzw. niesprawiedliwość. No bo to niesprawiedliwe, że Franek jest w klasie z ciocią (dla siedmiolatka NW to ciocia) a inni nie. Moje dziecko też by pewnie chciało z ciocią, a tu nic. Cały czas przeżywa, że jednego z kolegów dzieci nie lubią, a on się już przecież poprawił i już nie jest niegrzeczny. I tak samo przeżywa, że wspomniany syn znajomych nie może chodzić i nie zawsze rozumie, co się do niego mówi czy proponuje. Ciągle w stresie, chociaż niby NT. Czasami sobie myślę, że łatwiej by było, gdyby miał jakąś konkretną disability i diagnozę - coś by człowiek wiedział co robić. A tak?
      No to się pożaliłam :)

      Usuń
    7. Nadrważlwi ludzie łatwo w życiu nie mają... A może po prostu wsparcie u dobrego psychologa dziecięgo (wieeem, trudno o DOBREGO psychologa).. Myślę, że gdyby dziecku wytłumaczyć, dlaczego Franek ma taką "ciocię" przy sobie, gdyby zobaczył, że owej "cioci" naprawdę potrzebuje, inaczej by zareagował. A teraz tak sobie mysle, że trzeba nad takim cudnym młodym człowiekiem i jego psyche mocno pracować, żeby go świat nie rozdeptał w proch...
      Prosze przeczytać to: http://www.styl.pl/magazyn/news-nadwrazliwi,nId,64361
      a może najpierw to:

      Posłanie do nadwrażliwych
      Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
      za waszą czułość w nieczułości świata, za niepewność - wśród jego pewności
      za to, że odczuwacie innych tak jak siebie samych zarażając się każdym bólem
      za lęk przed światem, jego ślepą pewnością, która nie ma dna
      za potrzebę oczyszczania rąk z niewidzialnego nawet brudu ziemi
      bądźcie pozdrowieni.

      Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
      za wasz lęk przed absurdem istnienia
      i delikatność niemówienia innym tego co w nich widzicie
      za niezaradność w rzeczach zwykłych i umiejętność obcowania z niezwykłością
      za realizm transcendentalny i brak realizmu życiowego,
      za nieprzystosowanie do tego co jest a przystosowanie do tego co być powinno
      za to co nieskończone - nieznane - niewypowiedziane
      ukryte w was.

      Bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi
      za waszą twórczość i ekstazę
      za wasze zachłanne przyjaźnie, miłość i lęk
      że miłość mogłaby umrzeć jeszcze przed wami.

      Bądźcie pozdrowieni
      za wasze uzdolnienia - nigdy nie wykorzystane -
      (niedocenianie waszej wielkości nie pozwoli
      poznać wielkości tych, co przyjdą po was)
      za to, że chcą was zmieniać zamiast naśladować
      że jesteście leczeni zamiast leczyć świat
      za waszą boską moc niszczoną przez zwierzęcą siłę
      za niezwykłość i samotność waszych dróg
      bądźcie pozdrowieni, Nadwrażliwi.

      Kazimierz Dąbrowski


      Ps. Mam w domu starsze dziecię, też takiego (nad)wrażliwca, lekko nie jest często, ale to fajne, mądre, empatyczne człowieki są :*

      Usuń
    8. Dziękuję!

      Usuń
  6. Gdyby zmienic imię byłoby o Mateo. Ogromnie dużo podobieństw. Dziecko zniszczone przez system. A Pani dyr pyta co ja chce skoro dziecko uczy się na piątki...dziecko wrak emocjonalny Ale najważniejsze że nie zaniza poziomy...dziecko się tnie..Ale to moja wina bo co nie dopilnowalam. Smutne. Dziś Mati jest w edukacji domowej. Jest szczęśliwy ja też...Na mnie szkoła też odcinela piętno..cukrzyca..nadciśnienie..serducho źle pracuje. Już nigdy nie oddam go do systemu. Nie chce patrzeć na to jak go niszczą...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, historia Mateo, jest kolejną, która mnie tak bardzo poruszyła... Ty pisałaś o tym, co Was spotkało. Uważam, że trzeba głośno mówić o przypadkach nadużyć, żeby takie sprawy nie były zamiatane pod dywan.
      Mam nadzieję, Kasiu, że Mateo emocjonalnie dojdzie kiedyś do siebie i że i Ty staniesz zdrowotnie na nogi.
      Trzymam za Was kciuki z całych sił.

      Usuń
  7. Czy Franek ma zadawane prace domowe w szkole

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ma, ale tylko w ciag tygodnia. Weekendy sa bez prac domowych :)

      Usuń
    2. Aha dziękuję za odpowiedź

      Usuń
    3. Jak Franek się denerwuje jakie Franek ma dziwastaw co Jędrek lubi zbieracz franek

      Usuń
  8. Czy Franek miał robione kiedys badanie EEG

    OdpowiedzUsuń
  9. Ręce opadają, ale z doświadczenia wiem, że najwięcej nadużyć jest w tzw. dostosowanych szkołach. Do dzisiaj zastanawiam się, jakim cudem kilka lat temu w mojej byłej szkole przeszło to, że nie dość, że w jednej klasie uczyły się dzieci z trzech różnych klas(np. z 4, 5 i 6), to jeszcze o różnym ilorazie inteligencji(czyli od normy intelektualnej po umiarkowane upośledzenie umysłowe). Przecież to nie jest nauka tylko wegetacja oraz prowizorka. Rodzice też nie wiele mogli, wszak "powinni się cieszyć, że jest szkoła, do której ich dzieci mogą normalnie chodzić, a nie są skazane na NI". Katastrofa...

    OdpowiedzUsuń

Drogi Anonimowy Gościu,
bardzo proszę, podpisz swój komentarz swoim imieniem, aby łatwiej było mi na niego odpowiedzieć.
Dziękuję