sobota, 11 listopada 2017

Się tłumaczę (i o tym, że czarne nie zawsze jest...białe)

Miałam pierwotnie taki szatański pomysł, aby wpis ten zatytułować "Krew, pot i łzy" i zacząć go następująco:
"Popłynęła krew.
Polały się łzy..."
Następnie chciałam popełnić dramatyczną pauzę i dopiero na kolejnej stronie wpisu wyjaśnić, że to tylko taki żarcik (stały tekst Kosy Juniora), żeby przyciągnąć Waszą uwagę po miesięcznym milczeniu mym. Wystraszyłam się jednak wizji "bęcków" i "bolków" w komentarzach od Was. Ponieważ emocji i adrenaliny w ostatnich miesiącach mieliśmy aż nadto (trochę o tym poniżej będzie), postanowiłam opatrzyć niniejszy wpis pospolitym tytułem, który na bank Was nie rozsierdzi, ale, mam nadzieję, zachęci do doczytania tego tekstu do końca.


Doba nadal ze mną nie współpracuje - zamiast rozciągnąć się jak stare gacie Maryny (tej od czterech liter), zbiegła się w tym roku szkolnym do rozmiaru anorektycznego  XXXS. Jak nic - złośliwe dziadostwo.
Wiem, że to staje się już nudne, ale taka jest rzeczywistość - tzn. moja/nasza rzeczywistość w ogóle nie jest nudna, wręcz przeciwnie - jest ekstremalna. 
Jeszcze tu chyba nie pisałam, że w tym roku rozpoczęłam kolejne studia podyplomowe, tym razem w pięknej Łodzi. Studia potrzebne mi z jednej strony w mojej pracy zawodowej, a z drugiej bardzo przydatne z okazji bycia mamą Franka (bo na UMed-zie) (siedzę, uczę się, płaczę i zastanawiam się, czy się z intelektualną motyką na słońce nie porwałam). Frankowski już zaliczył wizytę w Łodzi, gdzie poznał przesympatyczną panią doktor, która to wyraziła ochotę dalszej współpracy z młodzieżą. A skoro już w tematach medycznych jesteśmy - dzwoniłam w ostatnim czasie do Izby Lekarskiej, sprawa przeciwko dwóm lekarkom Franka, którą wnieśliśmy w ubiegłym roku, i którą tu swojego czasu szczegółowo opisałam, jest nadal w toku. Nikt niestety nie był w stanie mi powiedzieć, ile etap przygotowawczy (sprawdzający?) jeszcze może potrwać. Macie jakieś doświadczenia w tej materii? Podczas przesłuchania w grudniu ub. roku neurolog słuchający nas, Frankowych rodziców, powiedział, że wszystkie nasze zarzuty są zasadne i sprawa trafi przed sąd lekarski. To już rok czekania - długo to, czy taka jest norma? Mamy się nastawić na kolejny rok czekania?
Kolejną ważną zmianą we Frankowym życiu - i to taką, która nas sporo siwych włosów w ostatnich miesiącach kosztowała, o wulkanach na rodzicielskich żołądkach już nawet nie wspomnę, była rezygnacja z usług terapeutycznych terapeutów prowadzacych Franka. Decyzja ta dojrzewała w nas przynajmniej kilka miesięcy, ostatecznie pojęliśmy ją w czerwcu. Zdziwieni jesteście, prawda? (Bo ja wyznawczyni, itd... żadna wyznawczyni - bondynka, mówię Wam). Noooo, w sumie się nie dziwię Waszemu zdziwieniu. W tej chwili napiszę tylko, że podjęliśmy decyzję, która wtedy wydawała nam się najlepsza dla Franka (zdania do dziś nie zmieniliśmy). Nie pierwsza to tak trudna decyzja i zapewne nie ostatnia w naszym życiu. Na ile nas znacie, wiecie, że nie wahamy się dokonywac lekarskich, edukacyjnych i terapeutycznych zwrotów akcji o 180 stopni, jeśli tylko taka jest własnie konieczność. Całe wakacje podszyte były stresem i gorączkowym rozmyślaniem - co dalej. Franka czekała przecież ogromna zmiana - przejście do szkoły, tymczasem młodzieniec został bez wsparcia, i to takiego, co Franka od kilku lat znało. We wrześniu na szczęście udało nam się ogarnąć sytuację i od października Frankowski wrócił pod skrzydła nowego (bo już nie starego) Prodeste - także tam wiatr zmian zawitał (dobra zmiana dopada, jak widać, wielu). W ciągu miesiąca mieliśmy w Prodeste dwie konsultacje rodzicielskie, trzecia konsultacja odbędzie się w nadchodzącym tygodniu - staramy się na nowo ogarnąć to, co najważniejsze w terapii Frankowskiego, ustalić nowe cele, wyprostować kilka zaległości i poukładać wszystko na nowo. W ramach owego układania także do szkoły Frankowej zawitało Prodestowe wsparcie - o szkole Franka będzie zresztą osobny wpis za jakiś czas. I teraz już mogę napisać - jesteśmy bardzo, ale to bardzo zadowoleni z tej terapeutycznej zmiany. Z czasem człowiek wpada w takie ustalone tory, tworzy swój własny schemat funkcjonowania, który (jak każdy schemat) daje mu poczucie bezpieczeństwa - wszak wszystko co znane jest bezpieczne - wydaje mu się, że nie ma już wyjścia, czasem po prostu brakuje sił czy odwagi, by podjąć trudną, czasem bolesną decyzję. Tymczasem ten znany diabeł nie zawsze jest lepszy... 
I tym sposobem piękne słowo na niedzielę mi wyszło dla wszystkich tkwiących w schematach i bojących się z nich wyjść.  Zmiany są dobre, mówię Wam. 
Co jeszcze mam Wam pisać - układa się powoli wszystko, szkoła Frankowa daje naszemu chłopakowi poczucie bezpieczeństwa, prodestowe wsparcie także. A może to nam owo poczucie daje? - nieważne, ważne jest jedynie, że Franko jest szczęśliwy, spokojny, że się rozwija. A skoro on jest to i my. Wiadomo - naczynia połączone.
Po tych kilku naprawdę trudnych dla nas, rodziców Frankowych, miesiącach, znowu mamy nadzieję, znowu dzieje się dobrze i mamy nadzieję, że fajny czas przed nami wszystkimi. 

Ps. Wiecie, że trzecie wydanie "Dużych spraw" się szykuje? 
I aukcje świąteczne też dla Franka też, jak co roku. Przynajmniej Frankowy fejsbuk staram się prowadzić w miarę na bieżąco - wpadajcie tam do nas czasem.

4 komentarze:

  1. Cieszę się z Wami :-)
    Pozdrawiam
    Mama Mateusza :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Odpozdrawiamy (ze strrrasznym opóźnieniem).

      Usuń
  2. My jesteśmy na etapie tych miesięcy w ktorych myślimy o znianach. Agnieszko tak jak pisałaś to nie są łatwe decyzje, zreszto jak prawie wszyskie które my rodzice wspaniałych dzieci musimy podjąć. Napisałaś ważne zdanie " Zmiany są dobre"! P.S Naspisałaś wiele ważnych zdań, ale to szczególnie chciałam zacytować :). Pozdrawiam mama Ania

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo są - ważne i potrzebne. Trzymam kciuki za Was :*

      Usuń

Drogi Anonimowy Gościu,
bardzo proszę, podpisz swój komentarz swoim imieniem, aby łatwiej było mi na niego odpowiedzieć.
Dziękuję