poniedziałek, 16 lutego 2015

Przemyślenia do przemyśleń

W piątek rano przeczytałam ponownie mój (ostatni) nocny wpis i poczułam się z nim źle. Z każdą godziną uczucie to narastało aż przybrało postać potężnego kaca moralnego. Bo już wtedy miałam przekonanie graniczące z pewnością, że źle zinterpretowałam sytuację. Zaczęłam się zastanawiać, czy po pierwsze nie zaczynam przereagowywać i poszukiwać jednego obowiązującego schematu zachowania się dziecka neurotypowego, po wtóre czy nie zaczynam dostrzegać strachu/obawy dzieci przed kontaktem z Franiem tam, gdzie jej w ogóle nie musi być. Przy tym dlaczego w ogóle odmawiam innemu dziecku prawa do obawy przed kontaktem z Frankiem? 
Dziękuję, że mi nie słodziliście w komentarzach, nie jęczeliście, jaki to biedny Franc i biedni my rodzice dzieci niepełnosprawnych. Dziękuję za szczere słowa, bo dzięki nim mogłam przemyśleć kilka kwestii. Przestraszyłam się tego, że, jak napisałam, być może próbuję w sobie wykreować stereotyp dziecka neurotypowego - jest otwarte, inicjuje kontakt, bez problemu, wyraźnie komunikuje swoje potrzeby itd. Zupełne przeciwieństwo Franca (może własnie dlatego?). Tak, macie rację - dziecko neurotypowe ma prawo być nieśmiałe, mieć problem z inicjowaniem kontaktu, ba - ma prawo obawiać się kontaktu z Frankiem. Marta napisała: Taki Franio z "odmienną metodą komunikacji" jest jak obcokrajowiec. Ano jest. Nie da się z tym dyskutować. 

Poza tym zaczęłam się zastanawiać, jakie mam prawo prosić rodziców zdrowych dzieci, aby rozmawiali z dziećmi o niepełnosprawności? Inaczej - jakie mam prawo oczekiwać, że będą wiedzieli, jak to zrobić, że mają wiedzę na ten temat. Co ja wiedziałam przed Frankiem, co mówiłam Natce? Niepełnosprawny to był dla mnie człowiek na wózku - ot taki ogólne obowiązujący streotyp. Autyzm - pustka. A język migowy - czy potrafiłabym nauczyć dziecko kilku podstawowych znaków? Oczywiście, że nie.  
W okolicach niedzieli, po kolejnych Waszych komentarzach, zastanawiałam się, czy nie zaczynam popadać w paranoję pt. krzywo spojrzysz na moje dziecko = jesteś nietolerancyjny, nieempatyczny, dyskryminujesz niepełnosprawnych (celowo przerysowałam, ale o kierunek myślenia mi chodzi). Przestraszyłam się, że poczyniłam pierwszy krok na drodze do bycia matką oczekującą specjalnego traktowania jej syna, bo on jest taki biedny niepełnosprawny. To mnie chyba przeraziło najbardziej. Nie oczekuję specjalnego, czyli ulgowego, traktowania Frania, raczej traktowania dostosowanego do Franka możliwości - tak jak to robimy w domu. Tu ma on swoje obowiązki, nie wolno mu robić tego, co sobie zamarzy - stawiamy mu bardzo jasne granice. Gdy zaś idziemy z chłopakiem między ludzi, wymagamy, by zachowywał się w sposób akceptowalny, nie dajemy mu przyzwolenia na bieganie czy krzyki - to z szacunku dla innych ludzi (Franek ma taki potencjał, daje się "ogarnąć" - skoro ma takie możliwości, to oczekujemy od niego określonego zachowania).
Nie mogę jednak oczekiwać, aby w kontakcie z Frankiem świat od razu wiedział, jakie młody ma ograniczenia i czego "innego" można od niego oczekiwać. Bo skąd "świat" ma to od razu wiedzieć - pytacie. Tu też macie rację. O wiele bardziej chodzi mi o nierobienie sensacji czy też niekomentowanie innego, odbiegającego od normy zachowania dziecka, niepytanie nas od razu "A co mu jest?". Co to zmieni, jeśli wyrecytuję medyczną Frankową litanię? Autor(-ka) jednego z ostatnich komentarzy zauważa trafnie: "Bo tu się zderzają dwie przeciwstawne sobie kwestie. Po pierwsze "traktujcie mojego syna normalnie", po drugie "mój syn nie zachowuje się zwyczajnie i na pewno wszyscy widzą i się dziwują". [...] I dopóki te dwie skrajności się nie spotkają pośrodku w jakimś mentalnym kompromisie, zawsze będzie źle."
Tak, dokładnie tu tkwi problem. Bo nasze "normalnie" nie jest chyba tym samym, czym jest dla innych. Dla nas oznacza to prośbę kierowaną do otoczenia - nie odsuwajcie się, jeśli czegoś nie rozumiecie, po prostu pytajcie. Rozumiem jednak, że to jest nasze podejście, nie musi być ono tożsame z podejściem innej rodziny. Bo w kontakcie z drugim człowiekiem jest tak wiele zmiennych, że chyba niemożliwe jest wypracowanie jednego modelu relacji. Ale z drugiej strony - dlaczego w ogóle nadawać relacji między osobą zdrową a niepełnosprawną jakiś inny odcień? Przecież w gruncie rzeczy jest tym samym - po prostu porozumieniem pomiędzy ludźmi. Jeśli go nie ma, nie ma relacji. Chodzi chyba tylko, żeby się nie ranić. 
Nie wiem, ile razy na naszej drodze będzie nam dane spotkać ludzi, z którymi nasze oczekiwania spotkają się w owym mentalnym kompromisie (oby jak najczęściej, tak jak do tej pory), uświadomiłam sobie jednak po tych trzech dniach intensywnych przemyśleń, że dzieci nieznające naszego Frania mają prawo czuć się niepewnie w kontakcie z nim. My zaś musimy to zaakceptować. Jest to jednak ogromnie trudne, bo dla nas, jak dla każdego innego rodzica, nasze dziecko jest wyjątkowe, jesteśmy z niego dumni, jak wszyscy rodzice są dumni ze swoich dzieci. Różni nas tylko punkt odniesienia.

Franka psycholog napisała mi mądrze, psychologicznie, że oczekiwania są jednostronne - ktoś może je spełniać, ale nie musi. Mogę mieć oczekiwania, komunikować je, ale nie mogę wymagać, że ktoś je spełni. Inaczej jest w przypadku umowy - jeśli się na coś umawiam w jakiejś relacji, wówczas mogę mieć oczekiwania, bo się umówiłam. Jeśli tego nie zrobiłam, to są tylko moje pobożne życzenia. Dobrze, że je komunikuję, ale nie mogę oczekiwać ich spełnienia. To też jest prawda - przecież z człowiekiem, z którym widzę się pierwszy raz w życiu nie jestem na nic umówiona. 

Nadal twierdzę, że nie oczekuję, nie chcę, ba - zabraniam, aby Franka traktować specjalnie, bo biedny taki. Nie pozwalam, aby się nad nim litowano, oczekuję "tylko" empatii i zrozumienia dla jego ograniczeń i zrozumienia, gdy zachowa się w sposób nietypowy. Właśnie, bo to moje "traktujcie Franka normalnie" oznacza - proszę, nie litujcie się, nie osądzajcie, nie odsuwajcie się, spróbujcie się dostosować do ograniczeń mojego dziecka. Chciałabym także, aby Franek nie był oceniany, zamykany w szufladkach z tymi wszystkimi "brzydkimi" tytułami. Rozumiem już jednak, że są to tylko moje oczekiwania, które niestety nie muszą zostać spełnione. 
Nadal proszę, aby rodzice rozmawiali z dziećmi o niepełnosprawności, przy czym nie oczekuję, że będą potrafili odpowiedzieć na każde szczegółowe pytanie. Myślę jednak, że jeśli wychowuje się dziecko w duchu wrażliwości na drugiego człowieka, wówczas nawet nie wiedząc, czy danemu człowiekowi dolega A czy B i czym dokładnie jest A czy B, dziecko zdrowe nie będzie miało większych problemów w kontakcie z osobą niepełnosprawną. 
Chciałabym bardzo, aby w przedszkolach i szkołach rozmawiano o niepełnosprawności, organizowano warsztaty z osobami pracującymi z niepełnosprawnymi. Chciałabym, aby działo się to z poszanowaniem dla człowieka niepełnosprawnego, nie jak w szkole dobrej znajomej, w której polonista analizę "Poczwarki" zaczął od stwierdzenia, że niepełnosprawność jest największym nieszczęściem dla każdej rodziny i że takiej rodzinie należy współczuć. Nie chcę, aby dziecko w szkole słyszało, że dzieci z ADHD wyrastają na przestępców, że osoby z ZD dożywają maksymalnie 30 roku życia, czy podobne brednie. Nie chcę takiej edukacji, nie chcę braku szacunku dla drugiego człowieka, jakby nie było słabszego, bo nie będącego w stanie samodzielnie się bronić. Mogę pisać ten blog, pokazywać Wam Franka i opowiadać o nim, o naszym z nim życiu. Więcej nie dam rady zrobić.
Mogę pisać o Franka przedszkolu, zwykłym przedszkolu, w którym nauczycielki podjęły wyzwanie przyjęcia go do grupy, uczą dzieci języka migowego. Dla Franka to najlepsza lekcja życia, wierzę, że dla jego koleżanek i kolegów również. Mam nadzieję, że te dzieci dzięki kontaktowi z Frankiem będą w przyszłości bardziej otwarte na niepełnosprawność. Myślę, że mogę tak twierdzić choćby po tym, co zobaczyliśmy wczoraj na placu zabaw. Franio spotkał tam swojego kolegę z przedszkola. Chłopcy przybili "żółwika", następnie kolega chwycił Franca za rękę i pociągnął na karuzelę. Po chwili powiedział Frankowi, żeby ten poczekał, a on sam pójdzie po resztę dzieci, z którymi przyszedł na plac zabaw. Widziałam, że chłopczyk po drodze mówił dzieciakom, że to Franek z jego przedszkola i on nie mówi. Dzieci luzzz na maxa, wzięły Franka za ręce, chciały się z nim dalej kręcić na karuzeli, ale dla Krasnala tempo obrotów było zdecydowanie ekstremalne i poszedł na ślizgawkę. Kolega z Franka przedszkola wyśpiewywał na całe gardło 
- Toooooo jest Fraaaaanek z mojego przedszkooooooola

Dzieci są fajne, to my dorośli jesteśmy pokręceni. 




Ps. To bardzo trudny dla mnie wpis. Myślę, że jeden z najtrudniejszych na tym blogu.
Mam tylko nadzieję, że jakoś składnie ten mój chaos myślowy ubrałam w słowa.

64 komentarze:

  1. Mam świadomość, że obcowanie z osobami niepełnosprawnymi jest dla mnie problemem.
    Zazdroszczę swoim dzieciom, że dla nich jest to całkiem naturalne. Uczą się tego każdego dnia na równi z nauką czytania.
    Ja wychowana wg zasad "nie patrz" i zamiatania pod dywan zwyczajnie się tego nie nauczyłam. Choć staram się brać przykład z dzieciaków i przełamywać własne stereotypy ciągle mam w głowie mętlik bo.
    Patrzeć czy nie patrzeć (gapić się czy nie gapić). Gapienie się fajne nie jest, to oczywiste ale z drugiej strony to z tego gapienia wyciągam wnioski. Bo niby jak mam się zachowywać empatycznie skoro nie znam potrzeb. To na podstawie gapienia wyciągam wniosek - podejść czy nie? dać spokój czy zagadnąć. Pomóc czy nie. Gapie się (a właściwie nie gapię...jednak) bo ktoś jest na wózku a ja właśnie urządzam toaletę w gabinecie i fajnie byłoby ją dostosować. Pewnie, że mogę zerknąć w normy i wytyczne ale jak jest z "normami" każdy wie - połowa nieużyteczna. Nie gapię się bo ktoś jest na wózku tylko wyciągam z tej sytuacji nauki. Gapieniu nie zawsze towarzyszą myśli "jaki biedny/biedna) Podobnie gapie się bo ktoś ma misternie ułożone włosy i zastanawiam się jak to mogę zrobić w domu.
    Pytać czy nie? Jeśli zapytam to wyeliminuję fałszywe domysły i błędną ocenę sytuacji. Ale wiem, że pytając wchodzę w czyjąś strefę intymną. Stawiam kogoś w sytuacji osoby tłumaczącej się.

    Często osoby niepełnosprawne wymagają od sprawnych empatii i nie szufladkowania. To zrozumiałe. Ale ja również nie chciałabym, żeby w moim zachowaniu ktoś dopatrywał się złych intencji bo ich tam nie ma. By być empatycznym trzeba mieć doświadczenie z obcowaniem a Polacy tego nie mają. To smutne ale tak jest. Pamiętam gdy z 10-15 lat temu wyjechałam do jednej ze stolic Europy zachodniej a na ulicach wreszcie zobaczyłam osoby niepełnosprawne. Przeżyłam szok bo uświadomiłam sobie, że w Polsce jest ich proporcjonalnie tyle samo tylko, że ich nie widać.
    Inna sytuacja: Tłumaczyłam koleżance od wielu lat mieszkającej w Szwecji, że moje dziecko chodzi do przedszkola integracyjnego i co to takiego właściwie jest. Ona krótko skwitowała rozmowę "w takim razie u nas wszystkie przedszkola są integracyjne".
    To takie oczywiste, prawda??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorota, myślę, że wszyscy - niezależnie od wieku, płci, poziomy sprawności i wykształcenia - mamy ogromną lekcję do odrobienia. Zobacz od jak niedawna mówi się otwarcie o niepełnosprawności, ile emocji wywołał mój (jak mi się wydawało dość niewinny) wpis. Wszyscy mamy ogromną pracę do wykonania, nie tylko ci w pełni sprawni, i o tym własnie pisałam - o moim podejściu do sytuacji czwartkowej, która wywołała we mnie samej niepokój.
      Zaś podejście szwedzkie to jeszcze ciągle marzenie w naszych warunkach. Myślę jednak, że w ostatnich latach wydarzyło się już tak dużo, że może kiedyś i u nas tak będzie?

      Usuń
  2. "Chciałabym bardzo, aby w przedszkolach i szkołach rozmawiano o niepełnosprawności, organizowano warsztaty z osobami pracującymi z niepełnosprawnymi. Chciałabym, aby działo się to z poszanowaniem dla człowieka niepełnosprawnego, nie jak w szkole dobrej znajomej, w której polonista analizę "Poczwarki" zaczął od stwierdzenia, że niepełnosprawność jest największym nieszczęściem dla każdej rodziny i że takiej rodzinie należy współczuć. Nie chcę, aby dziecko w szkole słyszało, że dzieci z ADHD wyrastają na przestępców, że osoby z ZD dożywają maksymalnie 30 roku życia, czy podobne brednie. Nie chcę takiej edukacji, nie chcę braku szacunku dla drugiego człowieka, jakby nie było słabszego, bo nie będącego w stanie samodzielnie się bronić."
    Otóż to!!! I wszystko to co napisałaś Agnieszko to są umiejętności społeczne a u nas tylko się ocenia i to jest złe. W Polsce stosunki z innymi ludźmi buduje się na braku zaufania, a przecież powinno być zupełnie odwrotnie i dotyczy to oczywiście już małych dzieci którym można i trzeba, należy pokazywać to od pierwszych kontaktów z innymi. Zgadzam się z Tobą Agnieszko w każdym Twoim słowie lecz tak wiele nam Polakom brakuje by zaakceptować wszystkich ludzi bez względu na ich widoczne ograniczenia bo to część naszego życia.
    AnnaElżbieta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, cały czas mam w sobie niewyczerpowalną wiarę, że to się zmieni.
      Nieufności, podejrzliwości jest w nas faktycznie bardzo dużo, to zapewne pokłosie "starych czasów".
      Zmieni się, zobaczysz.
      Wierzę, że Franek - dorosły człowiek, będzie żył już w innej rzeczywistości społecznej.
      Też i dlatego o wielu trudnych sprawach piszę tu otwarcie.

      Usuń
  3. Piszesz: "Właśnie, bo to moje "traktujcie Franka normalnie" oznacza - proszę, nie litujcie się, nie osądzajcie, nie odsuwajcie się, spróbujcie się dostosować do ograniczeń mojego dziecka. Chciałabym także, aby Franek nie był oceniany, zamykany w szufladkach z tymi wszystkimi "brzydkimi" tytułami." Twoje oczekiwania są jasne, rozumiem je. Ale nie da się tego wymagać od dziecka. Ono ma prawo bać się czegoś, co dla niego wydaje się dziwne, inne - czasem jest to dziwnie zachowujące sie dziecko, a czsem szczekający pies. Neurotypowe dzieci też mają swoje lęki i dziwactwa. A jeśli moje dziecko wystraszy się zachowania Twojego dziecka, to ja je musze zabrać, odizolować, uspokoić, wytłumaczyć. Co nie oznacza, ze uważam Twoje dziecko za gorsze czy inne i izoluję moje w obawie przed "zarażeneim" ;). Ja po prostu mam obowiązek zareagować na strach mojego dziecka, a onieważ znam je najlepiej to wiem, ze muszę je natychmmiast odizolować. Druga rzecz, moje podobno neurotypowe (zawieszona została na ten moment teza o ZA) jest bardzo nieśmiałe. I nie podesżłoby do Franka w Ikei nie dlatego, ze traktuje go jak kogoś dziwnego, tylko dlatego, ze nie podeszłoby do żadnego innego dziecka :) Poza tym dla cztero- czy pięciolatka to, co dla ciebie widoczne, wydaje się najczęściej normalne i nawet się nad tym nie zastanawia :) Wyluzuj trochę i nie posądzaj wszystkich o złe intencje, bo medal zawsze ma dwie strony ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie robię tego, właśnie tego nie robię. I miałam nadzieję, że dałam temu wyraz w tym wpisie.
      Najwyraźniej nie do końca mi się to udało.
      Odniosłam się tylko do jednej sytuacji, jednej z setek jakie mają miejsce i próbowałam rozebrac na czynniki pierwsze w tym wpisie moje błędne (co podkreślam zaraz na wstępie) wrażenie.

      Usuń
    2. Tak sobei myslę, ze twój poprzedni post wynikał z błędnych przesłanek :) Wydaje mi się, po przejściach z moim dzieckiem, że nei ma czegoś takiego jak dziecko neurotypowe :) Każde jest inne, większosć ma jakieś - mniejsze lub większe - problemy. Z zachowaniem, komunikacją, sygnalizowaniem potrzeb i tysiącem innych rzeczy. Jedno jest "niegreczne" i ma ADHD, drugie jest "niegrzeczne", bo po prostu lubi :) Sama wiesz, że wszystkie te "tabelki rozwoju", schematy osiągnięć, "prawidłowe zachowania" to mit, tylko kilka procent dzieci do nich pasuje. Moje nei pasuja, wyłamuje się wszytkim schematom. W jednej sytuacji spojrzałabyś i powiedziała "Typowe dziecko z ZA", w innej stwierdziłabyś, ze najnormalniejszy chłopaczek na świecie :) Sami specjaliści są w kropce, takie to nietypowe stworzenie mi się trafiło :) Mało tego - wiem, ze nie jest niczym szczególnym i wyjątkowym :) Patrzę na jego rówieśników i szczerze, to u kadego jest się do czego przyczepić ;)

      Usuń
    3. Tak, masz rację - i o tym też piszę - że złapałam się na budowaniu w sobie błędnego wzorca dziecka neurotypowego.
      Trochę się usprawiedliwiam mój czwartkowy odbiór sytuacji czwartkowej i to, że w ogóle o niej napisałam na blogu, swoim zmęczeniem i kolejnymi podejrzeniami lekarskimi pod adresem Franka. Ale to w sumie kipeskie usprawiedliwienia, dlatego podjęłam próbę rozłożenia siebie na czynniki pierwsze ;-)

      Usuń
  4. W Julki przedszkolu są różne odmienności - kolor skóry, narodowość czy niepełnosprawności wszelakiego rodzaju. Przedszkolanka zapytana jak sobie z tym radzą powiedziała tak: maluchom wystarczy wyjaśnić co i jak, dla nich wszystko jest proste. To dorośli stwarzają problemy.
    Zatem, Agnieszko wyluzuj ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. W pierwszych trzech wersach swojego komentarza wyraziłeś to, co jest przesłaniem mojego wpisu.
      Nie ma prostego wyjścia, jednego prostego rozwiązania, ale naprawdę nie spinam się ;-) Chciałam jeno porozmawiać, przedstawić swój punkt widzenia i ścieżki, którymi moje myśli w ostatnich dniach wędrowały sobie.

      Usuń
  5. Agnieszko, cenię Ciebie bardzo, bardzo, jako człowieka, jako matkę, którą nie wiem, czy ja bym potrafiła być.
    Mam czworo dzieci, każde z nich, z racji mojego medycznego wykształcenia, naszych rozmów i wpajanych zasad jest pełne empatii wobec chorych.

    Najmłodsza córka, ,,oddała serce " niepełnosprawnemu dziecku, a wiesz co w zamian ,,dostała" od rówieśników?
    wyśmiewanie, wyzwiska, niezrozumienie.
    Bardzo cierpiała, a wszystko skończyło się, gdy przeszła do prestiżowej, katolickiej szkoły.
    Do teraz ciężko mi o tym pisać i wciąż zastanawiam się, kogo winić za takie sytuacje?
    Te wydarzenia nie ,,złamały" mojej córki, do teraz wiem, że zawsze stanie w obronie słabszego.

    Wiesz, co mi pani psycholog powiedziała? do dziś to słyszę: dałabym pani nagrodę Nobla za wychowanie, ale Agnieszce ciężko będzie w życiu.
    Niestety, jest lepiej, ale do ideału daleko.
    W wolontariacie znalazła przyjazne dusze, ale jest ich niewiele.

    W naszym społeczeństwie ciężko znaleźć miejsce dla niepełnosprawnych, piszę to z bólem serca.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, co Ci na to napisać. Naprawdę nie wiem..
      Sama też uczę, uczymy oboje z mążem, Natalię empatii, pokory, współodczuwania z drugim człowiekiem. Też wiem, że nie będzie miała lekko w życiu z tego powodu, ale wolę ją taką niż w wersji bezwzględnego wyzutego z uczuć człowieka.

      Wierzę, że to miejsce się znajdzie.. Zmieniamy się wszyscy - teraz jest już lepiej niż 20-15 lat temu. Za kolejnych 10 lat będzie jeszcze lepiej.
      Bardzo w to wierzę.

      Usuń
    2. Chciałabym również w to wierzyć.
      Cieszę się, że moja córka, mimo całego zła, jakiego doświadczyła, nie zmieniła swoich poglądów, ale w momencie, gdy tamte wydarzenia miały miejsce byłam zrozpaczona, że moje dziecko to przechodzi, a nikt, zwłaszcza nauczyciel, nie pomógł, nie widział tego.
      W jaki sposób 12 latka ma obronić słabszego i siebie wobec wielu złośliwości, nie mając wsparcia w szkole nikogo z dorosłych?

      Poruszyłam temat z dyrekcją, ale to osobny rozdział.

      Usuń
    3. O ironio, na koniec szóstej klasy, obok wielu nagród, córka, jako jedyna, otrzymała nagrodę, za ,,wzorową postawę uczniowską i bezinteresowną pomoc potrzebującym".
      Wolałabym, by tej nagrody nie było, a w odpowiednim czasie,( nie po mojej interwencji) otrzymała wsparcie.

      Usuń
    4. Wierzę Ci, że to osobny rozdział. Też mam swoje przejścia z ciałem pedagogicznym w dość podobnej kwestii... Dlatego też napisałam tu, że marzy mi się system kształcenia naszych dzieci promujący empatię i pomoc drugiemu człowiekowi.
      Bardzo szkoda Twojej Agnieszki, że musiała spotkać na swojej drodze takich ludzi, ale, zobacz - zdała swój życiowy egzamin.

      Dziękuję Ci, że się wypowiedziałaś. Pozdrawiam Cię serdecznie i Twoje dzieci :)

      Usuń
    5. Dziękuję, ja również Was pozdrawiam, a Franiowi życzę, by na Jego drodze stawały ,,tabuny" dobrych ludzi.

      Usuń
    6. Gdynianko, myślałam sobie nad Twoimi komentarzami.
      Zobacz, poniżej wypowiedziała się mama chłopca z grupy Franka. To taka mama jak Ty.
      Tacy ludzie dają nam wiarę i nadzieję i dzięki tamim ludziom my dajemy radę w naszej codzienności i mamy nadzieję.
      Widzisz więc, że to wszystko, co robiłas i robisz w swoim życiu, to, jak wychowywałas swoje dzieci, ma ogromny sens.

      Usuń
  6. Hmmm... No to ja, jak to ja, prosto z mostu. Nie ma co tutaj dzielić włosa na czworo, kochana. Dzieciaki wszelką inność przyjmują BARDZO naturalnie, nie stanowi to dla nich problemu. Im starsze są - tym gorzej się robi. Ale w czym tu filozofia? Traktować niepełnosprawnych jak każdego, kiedy trzeba to pomóc, a kiedy trzeba to ... no wiesz... Tak naprawdę to tacy sami jak my, też są ludźmi. Czyli powinni żyć wg tych samych norm. Jeśli widzę starszą panią, która ma obawy przed wejściem na schody ruchome, pomogę jej. Jeśli zobaczę dziecko, które ma obawy przed wzięciem kubka z piciem, bo z powodu choroby ma niesprawne dłonie, zapytam czy mu pomóc. Tylko tyle. I nie będę się litować, tylko pomyślę o Jaśku Meli i jemu podobnym, którzy więcej ode mnie osiągnęli, choć są niepełnosprawni. Tylko czy słowo "niepełnosprawni" do końca oddaje ich naturę...? Nie wiem, większość z nich jest przykładem waleczności i siły wewnętrznej, o której tzw. sprawni najczęściej mogą tylko pomarzyć. Dają radę tam, gdzie my prawdopodobnie załamalibyśmy się.
    A dzieci...? Że sprawny, niesprawny, niepełnosprawny...? Zwłaszcza te młodsze, w nosie to mają, chcą po prostu poznać tego chłopca/tę dziewczynkę i pobawić się!
    To nam, dorosłym, te wszystkie psychoanalizy dlaczegoś potrzebne... ;) Prawdę powiedziawszy, cholera wie po co!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Za to Cię uwielbiam :) :)
      Jak widzisz po wywołanej dyskusji, nie dla wszystkich jest to takie proste i oczywiste jak dla Ciebie. Dla mnie taka otwartość, jaką Ty prezentujesz, jest super.
      Ściskam i ciesze się ogromnie, że wróciłaś :*

      Usuń
  7. A ja sobie myślę, ze cały ten Kac Moralny jest zbędny :) Bo każda, powtarzam - KAŻDA matka, i nie ważne czy jej dziecko jest sprawne, z ADHD, nieśmiałe czy niepełnosprawne, małe czy już prawie dorosłe- ale jeśli ktoś krzywo popatrzy na Nasze dziecko- oczy wydrapiemy ;) Ot taka nasza matczyna natura :). Sama często łapię się na tym , że jak jakiś mały łobuz dokucza mojemu młodemu na placu zabawa - to mam ochotę ustawić rozbójnika do pionu , a potem nawtykać rodzicom- jak wychowują. Nie zawsze jest to uzasadnione, ale uczuć matki nie da się wyłączyć, nie da się wyłączyć chęci obrony przed całym złem naszego dziecka. Myślę , że takie blogi, wpisy czy taka działalność naprawdę dużo daje. Choćby miała coś zmienić wśród kilku osób - to kilka osób zmieni podejście następnych kilku- i tak to będzie szło dalej w świat. Ja też dopóki nie spotkałam Franka nie rozmawiałam z młodym o takich dzieciach jak on - nie bardzo wiedziałam co i jak wyjaśniać. Nie wiedziałam jak młody zareaguje- czy będzie tolerancyjny i wyrozumiały, ale okazuje się , że to dorośli robią z tego wielkie halo. Teraz Adaś wśród swoich czterech najlepszych kolegów zawsze wymienia Franka :) Nie ma znaczenia jaki on jest według dorosłych definicji i ram- jest fajny, ciekawy , śmieszny czasem no i uczy migania . Dzieciaki nie zwracają na to aż takiej uwagi, sama Pani zauważyła że na placu wystarczyła krótka wzmianka , że Franek nie mówi, i heja do zabawy - a reszta - kto by się tam czymś przejmował - BAWIMY SIĘ ! A My komplikujemy. Coraz częściej dochodzę do wniosku , że to My dorośli powinniśmy brać przykład z dzieciaków , a nie odwrotnie - czasem :)
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amen.
      :)


      Ps. Ja od początku wiedziałąm, że dzieciaki z grupy Franka mają NIESAMOWITYCH rodziców :)

      Usuń
    2. Ha :) widzisz, Aga? Czytasz ? :)
      No. To ja taki komentarz zostawię- kłaniam się poprzedniczce

      Usuń
    3. Czytam, wszystko czytam.
      I cieszę się, że i Ty przeczytałaś :)

      Usuń
  8. Czytam,czytam i myślę ,czy to Twój wpis?:)No Twój...a nie Twój:)Bo trafił się taki dzień-i niestety pewnie sie jeszcze nieraz trafi.Spotykamy różnych ludzi(i sami tak miewamy)w różnych momentach życiowych,w różnych nastrojach i z różnym stanem myśli,z wadami,zaletami...Raz idziesz i widzisz innych,innym razem gapisz Się na kogoś i Go nie widzisz:)Czasem coś pokomplikują dzieci ,ale częściej chyba my-starzy:)Ruszyłaś temat-morze,będzie niestety powracał falami w głowie,bo różnych sytuacji bywamy świadkami w róznym własnym bagażu myślowym:)Pozdrawiam serdecznie:)Prababka:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ano, jest dokładnie tak jak mówisz. Mi bardzo różne myśli chodzą po głowie, także dość zawiłe.
      A temat morze, jak sama mówisz. Fantastycznie by było, gdyby wszyscy postrzegali kontakt z drugim człowiekiem tak jak Aneta (Dompodsosnami), ale sama wiesz też, że ludzie są różni. A ja sobie na głos podywagowałam na temat owej różności i tego, co mi po głowie chodzi.
      Uściski :)

      Usuń
  9. http://www.finestraperta.it/la-disabilita-vista-con-gli-occhi-dei-bambini/

    OdpowiedzUsuń
  10. A mnie się zdaje, może błędnie, że nie byłoby tej dyskusji, takich problemów, gdyby dzieci w Polsce były wychowywane. Okrutne? A jakże, ale takie mam zdanie na temat większości dzieci. Może mieszkam na zbyt biednym blokowisku, może jestem skrzywiona...Ale to co obserwuję na placu zabaw woła o pomste do nieba. A dzieci kopiują zachowania rodziców i wszystko widać-język, podejście do drugiego człowieka, atmosferę w domu itd. Np. dlaczego dzieci na placu zabaw wrzeszczą? bo są "wyprowadzane" na plac, nie "ida się pobawić z rodzicami i rówieśnikami". To wybieg jak dla psa, żeby się wybiegał i siedział cicho w domu, bo matka ogląda serial. Skąd mam takie złe zdanie? Bo w zeszłym roku spędziłam sporo czasu z Tadkiem na placach zabaw w Niemczech. Kurcze, nie było żadnych problemów-że tadek zajmuje hustawke w nietypowy sposób, że nie mówi, że ryczy, jak komuś ją zwalniamy..pełen luz. Mało tego, dzieci się bawią, nie wrzeszczą, a rodzice włączają się w zabawę, a nie klachaja przez tel. Tam niepełnosprawnośc nie jest problemem, bo drugi człowiek jest ważny. Reasumując, Aga, mnie się wydaje że ruszyłaś calkiem głębszy temat niż tylko traktowanie dziecka niepełnosprawnego. Albo jestem już całkiem skręcona, co też możliwe ;-)pzdr ola

    OdpowiedzUsuń
  11. Ja się dziwię i dziwię bo ten ostatni tekst był naprawdę bardzo, bardzo grzeczny i miły, nie histeryczny, a apel jest zawsze na miejscu. Nie będę zastanawiała się nad interpretacją zachowań opisanych dzieciaków, bo mnie tam nie było, zresztą ile nas tu jest każdy mógłby opisać to po swojemu. Szczerze mówiąc jako nauczyciel w szkole specjalnej, rodzic niepełnosprawnego dziecka mogę powiedzieć z całą pewnością, że to nie w dzieciach leży problem, a problem jest , chociaż faktycznie jest nieco lepiej. Dzieci "inność" przyjmują bardzo naturalnie, jak cos jest dla ich niezrozumiałego to najzwyklej oto zapytają dostaną odpowiedź i już. Wszelkie zachowania "odrzucające", odtrącające pojawiają się wtedy gdy dzieci zobaczą to u ważnych dla nich dorosłych, często wysłuchają dyskusji, bo oczywiście wielu z nas rozmawia o trudnych rzeczach, do tego w kiepskim stylu przy dzieciach. Wiadomo bawią się to nie słuchają itp. Nie bez przyczyny wielu z nas miało poglądy polityczne podobne do rodziców z czasem to się zmienia i najistotniejsza staje się grupa i z czasem partner wiadomo , do tego dochodzi suma doświadczeń własnych i już jesteśmy my dorośli. Dzieci potrafią okazać brak tolerancji i pogardę , czasami obawę. To mnie jednak tak nie rusza jak takie zachowanie wobec mojego dziecka u dorosłych. Nerwowe odsuwanie swoich dzieci w przychodni i te spojrzenia, ucieczka i odwrót kiedy pada moje ulubione pytanie: a ile ma maluszek. A maluszek uwaga lat 5 chociaż wygląda na 3, a nawet trochę mniej. Zgroza kiedy Kajtek się komunikuje czyli pokrzykuje, jęczy i zarządza powarkując grożąco na mnie. Naprawdę do niedawna miałam taką nerwicę, że obcym ludziom pytającym jak mały ma na imię oprócz tego sprzedawałam informację o jego zaburzeniach, (obawiam się , że gdyby ktoś zapytał mnie o godzinę zrobiłabym to samo). Wszystko po to, żeby uniknąć tej zgrozy w oczach tych obcych ludzi i tej po tym zalegającej ciszy, kiedy to orientuję się, że z tym to jest coś ewidentnie nie tak. Niestety rzadko ktoś zachowa się naturalnie lub zapyta np. i jak sobie radzę, jak z małym pracuję takie jakieś podtrzymujące rozmowę pytanie. Mam bardzo mało dobrych doświadczeń podkreślam, bardzoooooooooooooooooooooooo mało

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z Tobą. I ja miałam taki etap usprawiedliwiania Franka i tłumaczenia się. I do rozpaczy i furii doprowadzały mnie pytania: a dlaczego jeszcze nie chodzi? A ile ma? (reakcja podobna - że taki drobniutki, chudziutki itd) itd. I ja od razu tłumaczyłam się - tak to dziś odbieram, wasnie jako tłumaczenie i usprawiedliwianie dziecka.
      Myślę, ze Twój głos jest tu bardzo cenny, dobrze, że napisałaś to wszystko. Trzeba mówić, jak my odbieramy takie sytuacje, co wtedy czujemy. Przy tym nie wiemy, co czuje nasze dziecko (a raczej jak koszmarnie musi się czuć), gdy słyszy o sobie różne komentarze... Tak jak piszesz najwazniejsze i bezcenne jest w takich sytuacjach jest po prostu pytanie, jak sobie radzimy, okazanie zwykłego ludzkiego zainteresowania.
      Pod poprzednim wpisem bodaj AnnaElżbieta napisała, że gdy jej córka zachorowała, odsunęła się od nich połowa znajomych - nie wiedzieli jak się zachować, co mówić. To dla większości ludzi jest koszmarnie trudna sytuacja, bo wymaga wyjścia z pewnych ram, pokazania wrażliwości, emocjonalności, a przecież nie odsłaniamy się tak na co dzień. Dlatego własnie uważam, że o takich sytuacjach należy pisać, trzeba mówić, czego nam potrzeba, czego oczekujemy.

      Trzymaj się, dziewczyno, i nie daj się przeciwnościom losu.
      Uściskaj swojego Kajtka.


      Ps. A wpis jest jaki jest, bo i ja taka jestem. Chociaż...bywam też histeryczna ;-)

      Usuń
    2. Zastanowił mnie ten komentarz, bo sama mam dziecko bardzo drobne. W tym roku kończy 5 lat, a wygląda na 2 lata. Sytuacja sprzed niespełna tygodnia, dokładnie taka, jak opisałaś. Pytanie w poczekalni w szpitalu: Ile ma maluszek? Dwa latka? Dwa i pół? Nikt nie pyta ze złośliwości, więc nie doszukuję się złych intencji. Nie czuję też potrzeby opowiadania od razu całej historii dziecka. Z szacunku dla dziecka, które wiem, że wszystko rozumie. Ot - ma 4,5 a nie 2 lata. Jest drobne. Apetyt ma dobry. Kropka.
      A potem możemy porozmawiać o wnuczku tamtej pani, która pytała - bo on akurat ma 2 lata i dlatego pani myślała, że mój Adaś też ma tyle. I widać, że porozmawiać chciała.
      Ale dochodzę do wniosku, że jestem specyficzna. Albo zbyt gruboskórna ;)
      Owszem, raz się zdarzyło, że miałam dość. W poczekalni do poradni genetycznej. Bo byłam cała w nerwach - przyjechaliśmy tam po wyniki badań genetycznych dziecka.

      Usuń
    3. Myślę, ze tu dużo zależy od rozmówcy. Wyczuwasz jego intencje.
      Dużo też zależy od Twojego samopoczucia, poziomu zmęczenia itd.
      Myślę, ze gdybyśmy wtedy nie byli po całodziennym maratonie, wizycie u lekarza we Wrocławiu, przemieleniu kolejnego podejrzenia wypowiedzianego przez lekarza pod adresem Franka, też nie miałabym takich myśli w I. jakie miałam.
      Zobacz, ile zmiennych...

      Usuń
  12. Jesteś matką która będzie walczyć o to, by świat zrozumiał Twoje dziecko. Przykro mi , ale prawda jest brutalna : świat nie potrzebuje takich dzieci. Nie potrzebuje w ogóle niepełnosprawnych , z deficytami czy w ogóle z czymkolwiek różniącym od normalności. Nieważne czy to jest ograniczenie w postaci dysleksji czy inność posiadania dodatkowego palca u nogi. Inność ciekawi po to, by można się w niej przejrzeć aby potwierdzić swoją wartość. Kiedy się skończy okres przedszkolny Franka zacznie się droga pod stromą górę. Teraz dzieci łapią się za ręce i prowadzą na karuzelę, za rok, dwa, trzy będą odwracać się i udawać że nie znają Franka tylko po to by nie być przypisanym do kontaktów z innością. Grupa rówieśnicza ma swoje prawa i ona wymusza pewne stadne zachowania.
    Oczekujesz od świata zrozumienia dla Franka, boisz się - ba , Ty wiesz że jesteś skazana na to, co za chwilę będzie. Jeszcze odpychasz, jeszcze się łudzisz że będzie inaczej, że może w przypadku Franka nie zadziałają stereotypy. W naszym społeczeństwie jest widoczny postęp w postrzeganiu i AKCEPTOWANIU inności. To jest postęp na miarę patrzenia na problem przez ciut większą dziurkę od klucza. Piszesz "rozmawiajcie ze swoimi dziećmi, tłumaczcie " - a ja się pytam - PO CO ? co mi to da ? wyjaśnię dziecku że pan na wózku który nie może chodzić pewnie przepięknie rysuje albo śpiewa - i w jaki sposób to zmieni że pan nadal siedzi na tym wózku ? albo że mu cieknie ślina ? Mogę wyjaśnić, że on nic złego nikomu nie zrobił, że jest taki jaki jest ale to nie zmieni, że nie mogę patrzeć na niego bo mi się cofa i chociaż wiem, to nadal nie mogę przekonać samego siebie do wybrania innej perspektywy oceny . Instynkt każe uciekać od inności, rozum każe akceptować. Jedno z drugim przenigdy nie pójdzie w parze.
    Kiedyś Franek dojrzeje do tego, by zapytać "dlaczego" . Dlaczego ma coraz mniej znajomych z którymi się będzie bawić, dlaczego wzbudza coraz większe zainteresowanie. I będzie cierpiał . Ty to już dziś wiesz i dlatego tak bardzo starasz się zmieniać przyszłość. Przykro mi, ale skazana jesteś na porażkę. Udało by się to w innym kraju, w innej społeczności, gdzie kulturowo obcowanie z niepełnosprawnością ma wielowiekową tradycję. W Polsce dopiero zaczyna się wypuszczanie z ukrycia i ( przepraszam ) przyznawanie się do posiadania kalekich dzieci czy członków rodziny. Nadal po stodołach i chlewach są pozamykani ludzie - chociaż reszta rodziny co niedziela chadza do kościoła. Uświadamianie dzieci - w przyszłości dorosłych zmieni w jakimś stopniu - w JAKIMŚ stopniu ich świadomość . Co przekażą swoim dzieciom ?
    Może za 3 pokolenia już nie będzie wydarzeniem atak padaczki na ulicy a cieknąca strużką ślina bełkocącemu człowiekowi nie będzie odrażającym tworem. Nie będzie takich przytułków społecznego przyzwolenia gdzie się przywiązuje pasami do łożek i nie będzie zastrzyków które każą spać całymi miesiącami. I będzie można przyznać się do depresji a schizofrenia będzie traktowana jak przewlekła grypa a w autobusach wszyscy będą sobie nawzajem ustępować miejsca. Trzeba pokazywać inność i tłumaczyć, to fakt bezsprzeczny - ale to praca na wiele pokoleń burzenia murów wielowiekowej tradycji
    Życzę Ci mamo Frania spotykania samych super rodziców i samych super dzieci a kiedyś samych super dorosłych.
    Twoja podczytująca bloga .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Parafrazując Jacques'a Chiraca: Straciłaś okazję, aby milczeć.
      Jeśli ma się do napisania coś takiego, to lepiej wcześniej roztrzaskać klawiaturę.

      Usuń
  13. O Boże, naprawdę bałam się to napisać, ale podczytująca bloga ma dwieście procent racji. Obserwuję to obok siebie - póki dziecko było małe, to nawet jego inność była słodka dla dorosłych, a dzieci - jak to dzieci - nie zastanawiały się specjalnie nad tą innością, tylko przyjmowały ją naturalnie.
    Teraz dziecko wyrosło na nastoletnią pannicę i już nikt się nie zachwyca słodyczą nieporadności, a rówieśnicy zwyczajnie nie mają z nią wspólnego obszaru porozumienia. I nie jest to kwestia złośliwego odtrącania, tylko braku tej wspólnoty. Piętnastolatki latają na pierwsze randki, dyskoteki, dyskutują o kosmetykach i skarżą się na głupie matki, które nie pozwalają malować oczu do szkoły. Jednocześnie uczą się do egzaminu do liceum, chodzą do kina i biblioteki. W ich rzeczywistości nie ma miejsca na prawdziwe obcowanie z chorą koleżanką. I nie ma też żadnego bodźca, by to robić. I zabij - ja też go nie widzę. Podkreślam - mam na myśli tutaj rzeczywisty, serdeczny kontakt, a nie uśmiechnięcie się do mijanej osoby.
    Jeśli znajdziesz obszar, na którym Franek będzie mógł być pełnoprawnym jego uczestnikiem - wygrałaś. Ale nie wiem, co mogłoby to być.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do anonimowego:Franio to bystre dziecko,o "obszar "będzie MU łatwo!To Franio znajdzie Sobie ten obszar!Nie wierzysz,że dziecko,młodzieniec z jakimś (jeszcze nieznanym nawet) deficytem znajdzie przyjaciela?Nie mamy szukają obszarów i przyjaciół dzieci.

      Aga,całe życie przed Franiem,a obszarem Frania jest ŻYCIE:)))
      Aga,Ty zwyczajnie rób Swoje,bo Franio uwielbia zaskakiwać:)))Prababka:)

      Usuń
    2. Nie mam pojęcia, jaki Franek będzie za 10 lat. Nikt tego nie wie.
      Jak pisałam w odpowiedzi na anonimowy komentarz wyżej - nikt nikomu nie da gwarancji, że jego dziecko będzie szczęśliwe, spełnione i akceptowane. Oczywiście w przypadku dzieciaków niepełnosprawnych jest to 1000 razy trudniejsze i najwięcej chyba zależy od ludzi, jacy są wokół - przyjaźni i wyrozumiali, czy wrodzy.
      Dla mnie nie jest najważniejsze, by Franek nie był samotny i czuł się szczęśliwy. Dziś nie wiem, co mu to szczęście może dać za 10 lat. Jasne jest dla nas, że za 10 lat będzie trudniej, ale do tego będziemy dorastali i my. Istnieje oczywiście opcja, że droga z Frankiem w ciągu tych 10 lat tak nasz przeczołga, że z mojego optymizmu i wiary zostaną strzępy, ale...tego też nie wiem.
      Robimy swoje, staramy się jak tylko możemy i już.
      Kłamałabym jednak, gdybym tu nie napisała, że przyszłość nie wywołuje we mnie obawy. Dzieje się tak jednak, bo jest ona nieznana a zawsze wszystko, co nieznane wywołuje lęk. Taka oczywista oczywistość.

      Usuń
    3. Prababko, wiesz, że Cię uwielbiamy za Twój entuzjazm i wiarę we Franka.
      Uściski nieustające :*

      Usuń
  14. Cóż Prababko, nie mam żadnego interesu w tym, żeby sprawy potoczyły się źle, życzę więc, byś miała rację. Ja po prostu jestem pesymistką i zawsze w życiu widzę raczej zagrożenia, niż szanse. Co nie ułatwia życia ani mnie, ani otoczeniu. Niemniej Twoje spojrzenie na sprawę wydaje mi się mocno życzeniowe w sferze niekonkretności. Ale pewnie się czepiam.

    OdpowiedzUsuń
  15. Mam problem z tym, który wpis anonimowy mam połączyć z którym..
    Proszę, podpisujcie swoje wpisy imionami.

    OdpowiedzUsuń
  16. 11:39 i 20:06 to ten sam Anonimowy.Życiowa Pesymistka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To już właściwie Ci odpowiedziałam, droga Pesymistko.
      Skrajną naiwnością z mojej strony byłaby wiara, że Frankowi otoczenie będzie wybaczało za 10 lat tyle samo, ile wybacza mu dziś, że będzie poruszał tyle serc, ile porusza dziś. Dziecko (każde) jest z natury rzeczy słodsze, wzbudza więcej ciepłych uczuć. Ale właśnie dlatego piszę, dlatego proszę, dlatego poruszam także i trudne tematy.
      Wierzę, że Frankowi, nam się uda. Bez tej wiary nie dalibyśmy rady. Wiara w dziecko i ludzi potrzebna jest jak tlen każdej rodzinie z dzieckim niepełnosprawnym. Bo tak naprawdę każdy dzień jest nowym wyzwaniem. Nie da się mu sprostać bez wiary w dziecko i ludzi. Ja przynajmniej nie wyobrażam sobie, by to było możliwe.

      Usuń
  17. Nie spodziewałam się, że zwykła sytuacja z Ikei, być może błędnie zinterpretowana, ale kto to wie, wywoła taką dyskusję. Wiele mądrych słów tu padło, ale i wiele gorzkich. Jest tu też kilka komentarzy, których szczerze mówiąc nie chciałam czytać. A przeczytałam.
    Aga, masz prawo oczekiwać, że Franek będzie się spotykał z szacunkiem, zrozumieniem i życzliwością, tak samo, jak każdy z nas oczekuje tego od spotykanych na swojej drodze ludzi. Wymagać, owszem, nie możesz. Ale brak takiego podejścia, choć dla Frania może być bolesny, to tym innym będzie wystawiał świadectwo.
    Ale tak naprawdę każdy by chciał, żeby jego dziecko miało kolegów i później przyjaciół. Tego już oczekiwać nie można. Nie można przecież nikogo zmusić do przyjaźni. Można odczarować inność. Można uczyć zasad wspólnej zabawy. Zaproponować taką aktywność, w której to słabsze z pozoru dziecko dobrze się odnajdzie. Zresztą widzisz, że to działa :) Więc będzie dobrze.

    OdpowiedzUsuń
  18. Normalne, że rodzic się boi o swoje dziecko. O to czy znajdzie przyjaciół czy będzie akceptowane. Obojętnie czy dziecko jest zdrowe czy chore. W żaden sposób nie jesteśmy w stanie zrobić tego za dziecko więc nie bardzo mamy na to wpływ. I chyba dlatego tak się o to boimy. Ale popatrzcie na problem z innej strony- nie tylko dzieci zdrowe mają przyjaciół, dzieciaki niepełnosprawne i intelektualnie i fizycznie również najczęściej nie są samotne. Najgorzej chyba wypada "integracja" dzieci niepełnosprawnych intelektualnie w wieku starsza podstawówka-gimnazjum bo tam faktycznie pole zainteresowań dzieci zaczyna się rozjeżdżać. Nawet jeśli nie ma wyśmiewania nie ma też pełnego partnerstwa w relacjach, dziecko niepełnosprawne zaczyna "odstawać" od rówieśników co boli rodziców. Wtedy najczęściej przenoszą oni dziecko do placówki specjalnej i odkrywają że tam jest szczęśliwe i się realizuje, ma szanse być najlepszy nie ciągle najgorszy, ma przyjaciół z którymi jest partnerem.
    A rodzicom trudno było zaakceptować fakt, że ich dziecko intelektualnie niepełnosprawne ma niepełnosprawnych przyjaciół. Na siłę próbowali je zintegrować.
    Trudno to. Myślę, że integracja jest o wiele łatwiejsza w przypadku niepełnosprawności fizycznej i normy intelektualnej.
    I nie odbierzcie tego, że myślę, że trzeba osoby upośledzone umysłowo izolować ale myślę, że czasami integracja ze "zdrowymi" dziećmi może je uczynić nieszczęśliwymi a mogłyby mieć swoich prawdziwych przyjaciół i zrozumienie i docenienie. Rodzice muszą być bardzo rozważni w tej kwestii.
    Co do Frania to myślę, że znajduje wspólne pole zainteresowań z innymi dziećmi :-) I mam przeczucie, że nauczy się funkcjonować w grupie i znajdzie w szkole przyjaciół.

    OdpowiedzUsuń
  19. A mi się wydaje, że dobrze by było,żeby Franio i w ogóle każdy człowiek miał choć lub aż jednego dobrego przyjaciela i to by było dużo w dobie pozornej komunikacji (sms, facebook itp.).
    Ktoś napisał, że niepełnosprawni nie są potrzebni. Ależ oczywiście, że są potrzebni, m.in. dlatego że uczą współodczuwania,potrzeby zrozumienia i współczucia (Agnieszko nie gniewaj się za to słowo,współczucie nie równa się litości, ten, kto umie współczuć zapewne też będzie chciał pomóc).
    I jeszcze jedno słowo do Życiowej pesymistki - moje dziecko niesłyszącej prawie babci potrafi cierpliwie tłumaczyć,co do niej mówi, nie wpada w gniew, na widok sąsiada na wózku nie cofa się,lecz rozmawia z nim o swoich kolejnych pasjach (może dlatego,że widzi jak jego synowie się nim opiekują) i wcale z nim dużo o niepełnosprawnościach nie rozmawiam, ot ma to szczęście, że nikt ich przed nim nie ukrywa.
    I jeszcze do Agnieszki - myślę,że moje dziecko też by nie podeszło do Franka, raczej do Was - jego rodziców i to nie po to,by o Franka pytać, raczej Was by zagadywało,opowiadałoby o swoich pasjach.Ewentualnie stwierdziłoby: Ten chłopczyk nie mówi, ale macha rękami I wiesz nie tylko niepełnosprawności czasem nie widać, choroby kogoś bliskie go z rodziny obcego Ci dziecka też nie, tego że dziecko pochodzi z rozbitej rodziny też nie itp.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że nie rozumiecie, albo nie chcecie rozumieć. Pomiędzy wyśmiewaniem się z inności nastolatka a jego pełnym uczestnictwem w życiu nastoletniej społeczności jest przepaść lub - jak wolicie - ocean możliwości. I nie chodzi mi o to, że Franek jako nastolatek będzie wyśmiewany czy obrażany tylko o to, że jego PEŁNA integracja z rówieśnikami bez jego obciążeń może zwyczajnie nie nastąpić. Co innego normalnie rozmawiać z niesłyszącą babcią czy sąsiadem na wózku (dla mnie i moich dzieci idealnie normalne), co innego przyjaźń z dzieckiem, z którym komunikacja jest utrudniona. Dlatego pisałam o "wspólnym obszarze". Jeśli Franek będzie np. świetnie grał w gałę lub uwielbiał szachy, to na tym polu zyska kumpli i przyjaciół. Ale trudno będzie zintegrować go z rówieśnikami, jeśli tego obszaru nie będzie.
      Przepraszam, ale hurraoptymizm typu "będzie dobrze, nic się nie przejmuj", jest mi obcy, a w sytuacji Rodziny Franka - wg mnie - szkodliwy. Bo bez pomysłu na sposób integracji ona się zwyczajnie nie uda. I jeśli ktoś oczekuje od komentujących wyłącznie powyższego sloganu, nic nie wnoszącego i miałkiego, ale miłego i nie budzącego demonów, to po co wpis o sytuacji w IKEI? Przecież "wierzymy że Frankowi się uda". Wystarczy.
      Ja, jako Życiowa Pesymistka powiem tak: mam nadzieję i bardzo chcę, żeby się udało. Ale uważam, że potencjalne problemy i zagrożenia należy oswajać, raz żeby nie wpadać w czarny dół gdy zaczynają się urealniać, dwa - bo to świetny motywator do poszerzania gamy rozwiązań, które się bierze pod uwagę.
      Jeszcze raz - instynktownie uważam, że szansą na uspołecznianie Franka w przyszłości jest szukanie tego, co będzie lubił robić i co będzie robić dobrze. I wtedy to, że trzeba będzie do niego migać nie będzie miało znaczenia. Ale to tylko instynkt.
      Jeśli oczekiwaliście wyłącznie poprawnych politycznie pocieszeń typu "będzie dobrze, na pewno", "wierzę we Franka i w ludzi", "nie martwcie się, wszyscy czasem mamy pod górkę", to istotnie nie wpisałam się w ten schemat. Ale mając za sobą ponad pół wieku na tym świecie wiem, że trzeba mieć pomysł na życie, obojętne czy jest się zdrowym, czy niepełnosprawnym ruchowo, czy z deficytami emocjonalnymi.

      Usuń
    2. Nawet nie chce mi się już tego komentować.
      Ani poszukiwać przyczyn dla takiego a nie innego Twojego spojrzenia na życie.
      Ani tłumaczyć z miłości do dziecka i wiary w niego.
      Właśnie taki mam pomysł na życie.

      Usuń
    3. Ta histeria jest zupełnie niepotrzebna, proszę Pani. Nikt nie każe Pani tłumaczyć się z miłości do dziecka. To raczej oczywiste. Próbowałam tylko uzmysłowić Pani, że Wasza miłość NIE WYSTARCZY, by Franek za kilka lat poukładał sobie relacje z otoczeniem. Natomiast widzę, że trzeba było trzymać się z daleka od komentowania, bo - po emocjach w ostatnim Pani wpisie wnioskuję, że zwerbalizowałam Pani najskrytsze obawy. Zupełnie niepotrzebnie i za to przepraszam.
      Ja się wyłączam z komentowania, czytać Was będę dalej i dalej będę szczerze kibicować Frankowi.

      Usuń
    4. Pisałam wyżej, że realnie patrzymy na przyszłe życie Franka. Tyle, że nikt nie wie, co będzie za 10 lat. Nikt nie jest w stanie tego zagwarantować - ani tego, jak on sobie poukłada realacje z otoczeniem, ani jaki będzie, ani gdzie my, w jakim punkcie naszego życia, będziemy. Od jego urodzenia robimy wszystko, absolutnie wszystko, aby jego życie było łatwiejsze w przyszłości. To oczywiste, że przyszłość Franka wywołuje w nas dużo obaw, tyle, że nie spalamy sie w tym lęku, staramy się nie myśleć o tym cały czas, bo to do niczego nas nie doprowadzi. No może do wypalenia, utraty wiary i sił, a przecież nie o to chodzi.
      Mój komentarz nie był histeryczny. Po prostu ręce mi opadły i naprawdę nie wiedziałam, co Pani napisać.

      Usuń
  20. Ja napiszę w ten sposób. Z mojego 30 letniego doświadczenia. Pasja. Owszem, jednak wydaje mi się, że u niespełna 6 latka trudno jeszcze mówić o zainteresowaniach takich, poważniejszych. Dzieciaki w tym wieku dziś interesują się hotwelsami, a jutro mogą się fascynować Cristiano Ronaldo, lub jakimś innym sportowcem. Trudno jest to teraz określić. Nieważne czy mały człowiek jest w pełni sprawny, czy nie. Osobiście przeszłam w swoim życiu wiele etapów tego typu. Zaczęło się od karteczek z notesików w czasach szkoły podstawowej, żeby w wieku dojrzałym skończyć na muzycznych.

    Niezależnie od wieku zawsze znalazł się ktoś, żeby ze mną o tym porozmawiać. W czasach mego dorastania nie było tak bardzo rozpowszechnionych tych wszystkich portali społecznościowych, blogów, Internetu. Jednak jakoś się dało. Wiadomo, jedne się wypaliły, inne przetrwały. Życie, przecież. Każdy tak ma. W chwili obecnej mam grono znajomych. Akceptują mnie z racji charakteru. Nie przeszkadza im moje mpdz. Cenią moją osobowość

    Franek jest na początku swej drogi życiowej. Tu i teraz. Już jakieś relacje z rówieśnikami ma na swoim koncie, oczywiście na miarę swoich wiosen. Dlaczego nie napisałam zaburzeń, deficytów etc? Bo gdy ktoś naprawdę będzie chciał, autyzm czy miganie nie stanie mu ma przeszkodzie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Amen.

      Uściski, Ewa, wielgalaśnie od nas :)

      Usuń
  21. No cóż, chyba mam więcej wiary w ludzi, niż życiowa pesymistka i bardzo się z tego cieszę. Bardzo też lubię sama siebie przekonywać, że "będzie dobrze", chociaż żadne znaki na niebie, ani na ziemi na to nie wskazują :-) Inaczej bym zwariowała, i nie mówię o pierdołach.
    Siła matczynej miłości i przesadnej troski jest wielka. Nieważne, jakie deficyty ma dziecko.
    I wolę, jak mnie ktoś głaszcze po głowie, niż daje mi kopa w tyłek.
    I dlaczego Franek ma nie dać rady? Z taką rodziną może wszystko!
    I nie opowiadajcie bajek, że nie można kształtować dzieci, uczyć ich empatii i szacunku dla innych. Dzieci nigdy nie rodzą się złe, to my dorośli, takimi je czynimy.
    Pozdrawiam, i NA PEWNO wszystko będzie dobrze ;-)

    OdpowiedzUsuń
  22. Szczerze współczuje Natalii... Dlaczego? Dlatego, że nia ma szans na wyjście z cienia brata. Jakąkolwiek decyzję życiową podejmie, zawsze to będzie w odniesieniu do F.
    Wszyscy skupiają się na nim, analizują i rozkładają na czynniki pierwsze jego sytuację, a to starsza siostra, moim zdaniem, została wbrew swojej woli, wepchnięta w rolę, której nie można podołać bez konsekwencji dla swojego zdrowia psychicznego i przyszłego życia rodzinnego.
    Trzymaj się Natalia!
    Beata S.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przysięgałam sobie, że nie będę już komentować, ale nie mogę. Pani Beato S., to że Rodzice Franka stają na rzęsach, żeby był maksymalnie samodzielny, to nie jest działanie tylko dla Franka, ale też dla Natalii. Po to, żeby w dorosłym życiu, kiedy ich zabraknie, albo z jakiegoś powodu nie będą mogli wspierać Franka, ona nie musiała poświęcać temu całego swojego życia. Ja to widzę tak - każda terapia Franka to cegiełka odejmowana w przyszłości od ciężaru Natalii, która dzięki temu będzie miała szansę mieć swoje odrębne życie osobiste. I sądzę, że Natalia to rozumie.

      Usuń
    2. Czy to Ty, Życiowa Pesymistko?
      Jeśli tak, to dziękuję Ci za ten komentarz (jeśli nie Ty, to też dziękuję).
      Bo tak własnie jest. I o tym też pisałam tu, raz, może dwa.
      Nat ma swoje życie, to nie jest blog o niej. Już jakiś czas temu poprosiła nas, aby nie pisać o niej. Ma do tego prawo i ja je szanuję. Jeśli kiedyś o to samo poprosi Franek, zamknę blog, zlikwiduję jego stonę na FB.

      Ps. Jesli to Ty, Pesymistko, to widzisz...jakoś się jednak rozumiemy ;-)

      Usuń
    3. Tak, to ja :) Myślę że i w kwestii poprzednich moich wpisów zrozumiałybyśmy się bez pudła, gdybyśmy miały okazję pogadać, a nie pisać. Ale nie zapraszam do Warszawy - po pożarze mostu zrobiło się to jednak naprawdę nieprzyjazne miasto ;)
      A co do Natalii - cóż, na pewno ma ciężej niż rówieśnicy, z tego powodu że Franek ma swoje problemy i na pewno jest to niesprawiedliwe. Tylko - co w związku z tym?

      Usuń
    4. Beato.S
      Można takim trybem współczuć każdemu. Każdy ma jakąś traumę za sobą. Można też chadzać w dorosłym życiu do psychoanalityka by wyprostować sobie brak w 4 roku życia lalki Barbie w niebieskiej sukience.

      Usuń
  23. Franek założy swojego bloga na którym będzie szukać przyjaciół. Albo na FB jak radzi tu jedna mama bo przyjaciela można znaleźć niezależnie od deficytów.Może go znajdzie za pomocą SMS.

    Pytam szanownego towarzystwa : kto niezależnie od wieku ma takiego przyjaciela ?
    Jakoś nie doczytałam się od początku tego bloga o takich relacjach.
    Piszecie , radzicie, przekonywujecie - no dalej, kto ma takiego przyjaciela ? a może rodzice Franka mają takiego ? a jeśli nie mają to dlaczego nie chcieli mieć ? co, nie było gdzie znaleźć ?
    A wy tak słodko roztaczający wizję Frankowych relacji macie takich ? co, też nie ma w waszej okolicy ?? namawiacie swoje dzieci żeby poszły się pobawić z "dziwnymi dziećmi ?" zapraszacie je do siebie do domu ? a może spędzacie razem wolny czas ?
    Już widzę komentarze : mam, pomagam, jestem na każde zawołanie, bo tak rozumiem przyjaźń , nie znajomość.
    Rozumiem też, że pani chełpiaca się , że jej dziecko zagada do pana siedzącego na wózku pod blokiem utrzymuje z tym panem mocno przyjacielskie kontakty.
    Chętnie poczytam o waszych bliskich relacjach z niepełnosprawnymi w szeroko rozumianym tego słowa znaczeniu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale Franek nie ma problemów z poruszaniem się, tylko z emocjami. Ja więc jestem ciekawa, ile z Powyższych Komentujących ma - w swoim dorosłym życiu - przyjaciół z deficytami emocjonalnymi. Przyjaciel na wózku to zupełnie co innego.

      Usuń
    2. A po cóż tyle napastliwości? Czy fakt, że ktoś nie ma przyjaciół z deficytami odbiera mu prawo do rozmowy o tym? Warto wypić dobrą kawę i pomilczeć czasem, zamiast wyskakiwać jak Filip z konopi.

      Usuń
    3. "Ja więc jestem ciekawa, ile z Powyższych Komentujących ma - w swoim dorosłym życiu - przyjaciół z deficytami emocjonalnymi."

      Anonimowy - Ja w swoim dorosłym życiu - mam 25 lat - mam przyjaciół z deficytami emocjonalnymi. I od blisko dwóch lat chłopaka z zespołem Aspergera. Musiał na przykład nauczyć się moich wyrazów twarzy, bo ich nie rozróżniał. Nie wiedział, kiedy uśmiecham się radośnie, kiedy smutnie, kiedy ironicznie. Teraz wie. Wystarczy chcieć. I nie jestem z nim bynajmniej z litości. Każdemu życzę tak inteligentnego, wiernego, kochającego człowieka w życiu!

      Usuń
  24. I o tym właśnie pisałam pod poprzednim wpisem. Dzieciom wiele nie trzeba. Dla nich nie istnieje inność, ich to nie przeraża. Największy łobuziak na podwórku, mówił o Agnieszce trzymając ją na rękach: "Psze Pani, ale ona jest ładna! Psze Pani, a oni naprawią jej to uszko? Psze Pani a możemy jeszcze się z nią pobawić?" To było jeszcze przed wypadkiem. To dorośli wchodzili mi do wózka, z rozdziawioną paszczą, a dzieci tylko raz pytały.
    Ja wiem, że trudno jest pogodzić chęć tego, żeby dziecko było traktowane bez taryfy ulgowej, a jednocześnie nie chcemy, żeby ktoś je skrzywdził. Jednak nie jesteśmy w stanie wpłynąć na ludzi, nie jesteśmy w stanie przewidzieć ich reakcji. Czy ja mogę mieć pretensje do kobiety, że stoi z otwartymi ustami, blokując mi przejazd, bo wpatruje się w Agnieszkę? Agnieszka jest taką sobie kosmitką i nic tego nie zmieni. Czasami tylko żal...
    Przytulam!

    OdpowiedzUsuń
  25. Pfff, ilez to ja razy w dupe dostalam za "poprawnosc polityczna", czyli nic innego, jak trzymanie sie pewnych zasad, dzieki ktorym moge spojrzec bez obrzydzenia w lustro. Nic mnie to nie nauczylo, dalej jestem "poprawna politycznie" i mam gdzies, ze wiekszosc ludzi nie wierzy, ze mowie naprawde to co mysle. A mysle miedzy innymi, ze w polskim spoleczenstwie za duzo jest strachu przed "co ludzie powiedza" (czy chocby pomysla), za duzo strachu przed oskarzeniami o przynaleznosc do takiej czy innej grupy (jak lemingi, mohery itp). Za duzo szufladkowania, oceniania, domyslow i wkladania innym slow w usta, ktorych nie wypowiedzieli. Czy niepelnosprawnego mozna traktowac normalnie? Kiedys sadzilam, ze tak. Teraz wiem, ze jest to niemozliwe. Bo co rozumiec przez "normalne" traktowanie? Czy to takie samo traktowanie? Czy wowczas jest dyskryminacja dziecka na wozku nie zaproszenie go do gry w noge? Czy moze wlasnie takie zaproszenie uznano by za pogarde i brak empatii dla ulomnosci ? Rodzice niepelnosprawnych dzieci z jednej strony chca "rownego traktowania", z drugiej czesto sa przeczuleni na problemy wlasnego dziecka i umieraja ze strachu, przy najbardziej normalnym kontakcie z innymi doszukuja sie zlych intencji i wymagaja liczenia sie z ograniczeniami dziecka. Czego wiec wlasciwie chca? Pomyslalam, czego tak naprawde sama oczekuje od innych zarowno w stosunku do mnie, jak i do syna. Mysle, ze wlasciwym slowem jest SZCZEROSC. Sama wale prosto z mostu co mysle i nic mnie tak nie napawa niepokojem i nie niszczy mojej samooceny, jak falszywe relacje, bo ludzie nie wiedza, jak zareagowac, bo boja sie, ze ich zle ocenie, bo sadza, ze moga mnie urazic. A zupelnie wystarcza, gdy ktos szczerze jest zainteresowany, otwarcie przyznaje, ze sie boi czy nie wie jak. Szczera, bezposrednia komunikacja to dla mnie podstawa. Pozwala na wyrazenie watpliwosci i oczekiwan obu stron, bez obawy o zranione uczucia czy "tak nie wypada". Jesli ktos obcy gapi sie na mlodego i widze, ze szepce z innymi, ale za nic nie spojrzy mi w oczy, mam ochote zwiac albo komus przywalic. Jesli jednak ktos nawet stanie z rozdziawiona paszcza, ale zapyta wprost, tak samo udziele odpowiedzi i podpowiem pare wskazowek, jesli widze, ze ktos po prostu chce wiedziec. Nastepnym razem utrzyma dolna szczeke na uwiezi ;) Nie oczekuje, ze Kasper bedzie traktowany normalnie. Oczekuje, ze bedzie traktowany naturalnie, z cala paleta prawdziwych emocji. Jesli jego zachowanie kogos brzydzi, uwazam, ze ma prawo to wyrazic, od syna wowczas zalezy, czy nad takim zachowaniem bedzie pracowac, czy jesli nie jest w stanie go kontrolowac, dostanie szanse by wyjasnic i pozwolic zrozumiec. Strach i niewiedza powoduja sztucznosc kontaktow, ktora nikomu na dobre nie wychodzi. Roznica w traktowaniu niepelnosprawnych w Polsce i Holandii jest ogromna. w Polsce widok niepelnosprawnosci wlacza myslenie "jak sie zachowac, zeby nie urazic? co sobie pomysla itp". W Holandii niepelnosprawni sa naturalna czescia spoleczenstwa i sa postrzegani w pierwszej kolejnosci jako ludzie, nie dodatek do swojej niepelnosprawnosci. Bez strachu, bez uprzedzen, bez obaw, by nie urazic, nieraz ktos cos idiotycznego zrobi, ale bledy popelnia kazdy, niepelnosprawni nie zamykaja sie w kokonach swojej niepelnosprawnosci podchodzac do swiata jak do jeza i swiat robi to samo. Nie umiem powiedziec, z ktorej strony sie to zaczyna, sadze, ze w pewnym momencie obie strony musza sie nauczyc otwartosci i patrzenia na siebie nawzajem obok niepelnosprawnosci, nie przez nia. szczerosc, szacunek i odrobina dobrej woli w zupelnosci nam wystarcza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. " sadze, ze w pewnym momencie obie strony musza sie nauczyc otwartosci i patrzenia na siebie nawzajem obok niepelnosprawnosci, nie przez nia. szczerosc, szacunek i odrobina dobrej woli w zupelnosci nam wystarcza."
      O to właśnie chodzi.
      Myślę, że wszyscy się tego uczymy w naszym kraju, choćby dlatego, że w kwestii podejścia do inności, niepełnosprawności jesteśmy kilkanaście/(-dziesiąt?) lat do tyłu. Tak naprawdę niepełnosprawnych widać na polskich ulicach od lat może max. dwudziestu. Pamiętam, gdy jako nastolatka wyjechałam do Niemiec, w jakim szoku byłam, widząc tyle osób niepełnosprawnych na ulicach. U nas ich "nie było". Byli - w domach. Ja się wychowałam w czasach, gdy o niepełnosprawnych mówiono posługując się właściwie tylko i wyłącznie określeniami pejoratywnymi.
      Teraz wszyscy się uczymy.
      Dlatego takie głosy, jak Twój, są bardzo ważne - pokazujesz inną perspektywę. I pokazujesz też, że można, że jest to możliwe.

      "W Holandii niepelnosprawni sa naturalna czescia spoleczenstwa i sa postrzegani w pierwszej kolejnosci jako ludzie, nie dodatek do swojej niepelnosprawnosci. Bez strachu, bez uprzedzen, bez obaw, by nie urazic, nieraz ktos cos idiotycznego zrobi, ale bledy popelnia kazdy, niepelnosprawni nie zamykaja sie w kokonach swojej niepelnosprawnosci podchodzac do swiata jak do jeza i swiat robi to samo."
      W tym miejscu mogłabym właściwie napisać to, co powyżej - obie strony muszą się tego nauczyć. Te umiejętności, takie podejście do tematu nie jest dane w genach. Myślę, że jest coraz lepiej w tej kwestii, lepiej niż np 10 lat temu. I za 10 lat będzie jeszcze lepiej.

      Usuń
    2. Wiecie tak czytam i w sumie każdy z nas jest niepełnosprawny, każdy ma jakiś deficyt nieakceptowany społecznie. Tak chronologicznie polecimy, młoda mata, puszczalska, głupia, bezmyślna. Stara matka, idiotka , bo babcią powinna być, zmarnowała dziecku życie. Facet samotny po 30, stary kawaler, albo gorzej-pedał. Samotna po 30, stara panna, albo dramat-lesba. Matka 1 dziecka, podła egoistka, matka 3 i więcej dzieciorób, para bez dzieci-podli egoiści , kto tak widział, koniecznie należy dopytywać kto nie może i dlaczego, ile są po ślubie i itp., itd., rozwódka, pewnie się puszczała, nie dbała o chłopa .Kto nie chodzi do kościoła to lewak itp, itd i mogłabym przez godzinę
      My , tak my jako społeczeństwo jesteśmy jacyś niedorobieni, zamiast na luzie i z uśmiechem wyjść na ulicę, to sączymy jad uszami, wiecznie kwas, ze wszystkiego niezadowoleni, zaściankowi, wiecznie wszystko krytykujący, mędrkujący no i zasada główna, oby komuś dowalić, im bardziej po kulasach tym lepiej, a potem solą posypać, ach jakieś to wspaniałe uczucie.
      Ja tam za to lubię zapakować kota na smycz i od ucha do ucha się do wszystkich uśmiechać, a jak ich to w/kurwia, tak, to ten stan, bo przecież nie denerwuje, jak ich wszystko boli, co inne, nieznane, ale ja mam na to wywalone, że tak powiem. Powiem ,że są tacy, co poszli już dalej, ze świnią już chodzą na spacery, normalnie na plażę, po ulicy, mogę wstawić nawet linka, jak nie dajecie wiary.
      Nas wariatów jest sporo, ja znam tylko takich wykolejonych
      Fnanek ma tak jak każdy z nas, spotka idiotów i ludzi normalnych, tak jak my, pozna kretynki , debili i fajne towarzystwo tak jak my.
      Fnanek ma wszystko tak jak my, bo my jako społeczeństwo też nie mamy łatwo, nie mamy nic pewnego. Wszyscy pływamy w szambie zidiocenia i tylko czasem jakiś wariat nam wmawia, że to piękny ocean.

      Czyli reasumując zidiocenie społeczeństw nikogo nie oszczędza, a nie sorki , oszczędza, rodzinę 2+2, ale synek koniecznie musi być starszy, dziewczynka młodsza, rodzice okolice 30, ale też nie mogą być za miastowi, wiadomo patrz: lewacy, więc nawet jak modelowo wypadasz ok, to jeszcze jest srylion detali, o które się rozbijasz i sobie grabisz.
      My jako społeczeństwo zachowujemy się sie jak uciekinierzy z psychiatryka, jesteśmy wzajemnie się wykluczający nienormalni i najmądrzejsi jednocześnie. No i mamy rozdwojenie jażni, jak u nas wszystko ok., to plujemy na wszystko co inne, a jak u nas bieda, to plujemy jadem ,że ludzie chamy , zapominając oczywiście, że jeszcze wczoraj sami pluliśmy z innymi.

      Wiem, wiem tego mogłam nie pisać, ale napisałam najdelikatniej jak potrafię. obiecuję potrawę.
      Pozdrowienia Normalna wariatka.

      Usuń

Drogi Anonimowy Gościu,
bardzo proszę, podpisz swój komentarz swoim imieniem, aby łatwiej było mi na niego odpowiedzieć.
Dziękuję